NUCLEAR HOLOCAUST – Overkill Commando (Selfmadegod Records)

Zawsze zastanawiałem się, czy grindcore powstał jako swego rodzaju próba dla death metalowców. Taki sprawdzian, który miał na celu pokazanie miłośnikom np. Morbid Angel albo Death, jak bardzo gotowi – o ile w ogóle – są na prawdziwą ekstremę. Śmierć, ból i szeroko pojmowany chaos. Przesadzam? Znajdźcie w takim razie trafniejsze określenie na debiutancki album Carcass, chociażby. Nie wspominam o Repulsion, zostawiającym naówczas sporo przestrzeni w kompozycjach na rzecz hc/punkowej agresji. Dużo namieszał także pierwszy krążek wyjątkowo obrazoburczego i przesiąkniętego do granic zdrowego rozsądku ohydą Impetigo. Nikt nie robił lepszych przerywników w historii muzyki od tych ostatnich. W każdym razie – nasi krajanie z kapeli Nuclear Holocaust grind kochają. Pławią się w dźwiękach, które potrafią wyniszczyć nawet otwartych na nowe słuchaczy.

Wszystko spoko, bo „Overkill Commando” to nic innego, jak 20 wysokooktanowych, przepełnionych furiacką chęcią czynienia złego kompozycji, których czas trwania nie przekracza 1,5 minuty. No i dobrze, po co bawić się w tworzenie opasłych, nużących kolubryn? Chłopcy chyba świetnie to pojmują, toteż na rozczarowanie nie liczcie. Bądźmy szczerzy – prócz bębniarza, Radka Grygiela, świdnicka ekipa to raczej nieopierzone młokosy. Ale czy jest w tym fakcie coś złego? Młodociana werwa przekłada się na jad i urzekającą szczerość śmiercionośnych przebojów. Natomiast pewne niedoskonałości, momentami wręcz naiwność, wzbudzają jedynie pozytywne konotacje. A zresztą – „Scum” od zarania dziejów uchodzi za klasykę ekstremy. Chyba wszyscy doskonale wiemy, przez jak bardzo niedoświadczonych (wtedy) muzyków był tworzony. Albo „Show No Mercy”. Dzisiaj: absolutne dzieło thrash metalu. A pomyśleć, że przy nagrywaniu ścieżek gitar, King często nie trafiał w struny… Po co wspominam o thrashu? Ano dlatego, że Nuclear Holocaust do swojej grindowej ściany dźwięku wielokrotnie przemycają liczne wpływy tego gatunku. Czuć te elementy zwłaszcza w żwawej motoryce i riffach kostkowanych z gracją bezdusznego rzeźnika. Kuszące, nieprawdaż? Kto nie chciałby zaczekać na pizzę przy akompaniamencie tych wariatów? A może do samochodu? Jestem absolutnie pewien, że pasażerowie byliby uradowani takim a nie innym doborem soundtracku w podróż na peryferie miasta. Jedynym większym minusem „Overkill Commando” jest monotonia. Czuję się, jakbym słuchał cały czas tego samego kawałka, w którym przez kilkadziesiąt minut rytm ulega zmianie jedynie parę razy.nuclear_holocaust_2015

Aczkolwiek jestem ukontentowany zawartością debiutu podopiecznych Selfmadegod. Co prawda w Polsce Straight Hate wydaje się – póki co – być niepobite w grindowej masakrze A.D. 2016. Chłopcy popełnili kilka błędów, ale wybaczamy to i dajemy kredyt zaufania, nie? Toteż na zachętę dorzucę 0,5 gwiazdki. Lecz, chłopaki, na dwójce macie skopać ryj równo, jasne?

Łukasz Brzozowski 

Cztery i pół