NOTHING BUT THIEVES – Nothing But Thieves (Sony Music)

Zmienia się brytyjski światek muzyczny, zmienia… O płytach Coldplay czy Muse zaczyna pisać się z ironią a z zainteresowaniem przyglądać nowym twarzom, rokującym… co? Zmiany, nowości, nadzieję na coś innego itp… Tak można w nieskończoność, choć fakt, pochodzący z Essex Nothing But Thieves już jest małą sensacją, a świeżo wydany, debiutancki album w przyjemny sposób akcentuje indie rockowy klimat, unikając niepotrzebnego patosu w/w ekip i dolewając do tego wszystkiego młodzieńczej werwy. No i sukces murowany.

Dobrze zrobiłem, że zanim napisałem poniższe słowa, poszedłem wczoraj (08.11) do stołecznego klubu Proxima na ich koncert. Dzięki temu parę rzeczy wskoczyło na właściwe miejsce.  Przede wszystkim – w Polsce NBT to już idole. Przyjęcie jakie młode dzierlatki zgotowały Brytyjczykom graniczyło z małą histerią. Klub napakowany po brzegi; pamiętacie, kiedy opcja „koncert wyprzedany” przydarzyła się imprezom alternatywnym czy metalowym? W przypadku NBT jakoś nie sprawdza się powtarzana niczym mantra narzekanka, że ludzie nie chcą chodzić na koncerty. Oczywiście, świadomość to podstawa – NBT i supportujący ich Terrific Sunday mają ostatnio w Polsce masywną promocję i jak widać, można tak pokierować tłumem, żeby umiał trafić do klubu a nie tylko na fejsbukowe wydarzenie. Kolejna sprawa – niepozorni i pryszczaci dwudziestolatkowie z Essex na scenie prezentują się wybuchowo. Precyzja wykonawcza, doskonałe władanie dramaturgią, a to co wyczynia ze swoim głosem wokalista, budzi respekt. W każdym razie, jeśli słuchając płyty zastanawiałem się nad proporcjami między studyjnym oszustwem a możliwościami zespołu, koncert pokazał, że na żywo potrafią więcej. Do tego dochodzi kupa zdrowego rocka, świetnych riffów i porywającej dynamiki. Dzisiaj jestem w stanie przyjąć, że NBT staje się dla brytyjskiej sceny jakimś tam małym fermentem, choć droga na stadiony jeszcze daleka. Żeby było jasne – niczego nie odkrywają, nie napinają się i nie poszukują nie wiadomo gdzie. Inspiracje są dość przewidywalne – grają rocka, w którym jak w zwierciadle odbija się ostatnie dziesięciolecie wyspiarskiej muzyki, do tego dodają szczyptę popu i odważnie zerkają za ocean (porównania do 30 Second To Mars nasuwają się już po pierwszych numerach) i nie tylko (U2, White Lies).NBT band

Przede wszystkim NBT mają talent do pisania łatwo wpadających w ucho hitów, o czym przekonuje już otwieracz w postaci „Excuse Me”, którego refren nie może się odlepić od mojego ucha. Zadatki na stadionowy hit ma też „Hanging”, równie dobrze prezentuje się „Ban All the Music” i pop rockowy szlagier „Trip Switch”. To tylko niektóre pozycje, które z naturalnych przyczyn zostają zauważone. Zespół potrafi bawić się swoją muzą, układając riffy bardzo zmyślnie, dzięki czemu nie ma tzw. wioski aranżacyjnej; dominuje świadomość, do jakiego odbiorcy są one kierowane, dlatego kombinowanie jest tyle ostrożne, by na koncercie nawet te mniej rozgarnięte jednostki potrafiły tupnąć nóżką do rytmu. W zasadzie cała załoga sprawdza się bez zarzutu. Śmiesznym spostrzeżeniem jest zapewne podobieństwo niektórych falsetów Conora Masona do stylu Justina Hawkinsa z The Darkness, choć trzeba przyznać, że nie przesadza z takim forsownym sposobem śpiewania. Zdaję sobie sprawę, że kariera i styl NBT to na razie wielka niewiadoma; pierwsza płyta ma wszystko czego potrzebuje debiutant, by znaleźć miejsce w Wikipedii, jednak dopiero kolejny album pokaże czy styl zespołu po okrzepnięciu nabierze jeszcze intensywniejszych barw czy szybko wyblaknie. Czego im nie życzę, bo fajnie czasami się zabawić przy muzyce, którą (ok., nieco złośliwie…) nazwiemy sofciarskim indie rockiem. Z naciskiem na rock, całe szczęście…

Arek Lerch

Cztery i pół