NOTHING BUT THIEVES – Broken Machine (Sony)

Podobno drugi krążek jest dla zespołu sprawdzianem formy, potwierdzeniem obranej drogi i przypieczętowaniem tzw. kariery. Nothing But Thieves na „Broken Machine” głównie pieczętują i gruntują obrany kierunek, zapełniając jednocześnie coraz większe sale koncertowe. Co absolutnie nie jest zarzutem.

Piątka z hrabstwa Essex jest przykładem tzw. komercyjnego odłamu rockowego indie, który z równym zaangażowaniem flirtuje z popem jak i tzw. rockiem środka. I tu właśnie tkwią moje obawy, pojawiające się po lekturze tej płyty. Płyty, której absolutnie nie mogę nazwać złą. Zespół – w stosunku do udanego debiutu – niespecjalnie zmienił kierunek poszukiwań, nadal balansując na granicy bombastycznego rocka stadionowego i udomowionej alternatywy, tyle, że o ile debiut wydaje mi się z dzisiejszej perspektywy dość odważny, to „Broken Machine” nosi ślady tzw. myślenia życzeniowego. Czyli „chcemy, żeby grało nas radio”. W tym kontekście, zamiast myśleć o przewartościowaniu własnych pomysłów czy techniki, zespół skupia się na wyciągnięciu ze swojej muzyki tych elementów, które mogą przysłużyć się jeszcze lepszej percepcji audytorium. Tłumacząc – chce stworzyć dzieło, które będzie nie tyle efektowne, ale raczej efektywne. Co z mojego punktu widzenia jest kierunkiem ryzykownym.NBT

I tu szczególnie kłaniają się te numery, które brzmią niczym stworzone pod tzw. koledżowe rozgłośnie amerykańskie – hiciarski „Sorry”, spokojna „Soda” czy „Particles”. To piosenki, które polecą w radiu i będą podobać się zarówno młodym, jak i starszym słuchaczom. Ta swoista neutralność świadczy o nieco za długim myśleniu o koncepcji. Na szczęście, ten lekko drażniący wątek jest skutecznie kontrowany przez te lepsze, bardziej odważne momenty i samo wykonanie. Co do tego ostatniego – nadal wielkim respektem darzę wokalistę, który z głosem czyni cuda. Reszta gra solidnie, momentami z polotem, szczególnie w numerze tytułowym, będącym fajną odskocznią w stronę brzmień syntetycznych czy tanecznym „Live Like Animals”. No i oczywiście warto podkreślić otwarcie w postaci świetnych rockersów „I Was Just a Kid” i „Amsterdam”, oraz – jak zwykle – dbałość o grafiki, bo okładka „Broken Machine” jest równie udana (może lepiej – wysmakowana) co obrazek zdobiący debiutancki album.

Nothing But Thieves nie jest zespołem, który uczyni wyrwę na rockowej scenie i raczej nikt nie oczekuje z ich strony rewolucji. Po cichu liczyłem na jakieś większe szarpnięcie, ale ogólnie oceniam „Broken Machine” jako solidny, dobrze reprezentujący współczesny młody, brytyjski indie rock krążek. Zespół otwiera sobie nim kilka dodatkowych ścieżek i już jestem ciekawy co będzie dalej.

Arek Lerch

Cztery