NORTHLANE – Singularity (UNFD/Warner)

Jak szybko spieprzyć jeden z najlepszych zespołów z Antypodów? Ano, zmuszając ich do słuchania kapel z USA i przypominając im o tym, co sprzedaje się najlepiej. Czyli prócz image, breakdowny i tylko rzekomo progresywny szlif.

Szkoda, bo wydany dwa lata temu  (mój pierwszy…) a w karierze zespołu drugi album „Discoveries” był i nadal jest jedną z moich ulubionych pozycji w tym gatunku. Ci wtedy niespełna dwudziestoletni młodzianie nagrali niesamowicie brzmiący krążek, który zaskakiwał dojrzałością, nieszablonowym podejściem do progresywnego metalcore’a oraz wymykał się (na całe szczęście) djentowym wpływom. Był i jest nadal czymś wyjątkowym , biorąc pod uwagę brak szczególnej konkurencji w Australii, a w skali świata, dziwię się, że nie zainteresowało się nimi Sumerian Rec. Coś, mówiąc kolokwialnie: nie „pykło”.

Być może, szefowie europejskich i amerykańskich labeli przewidywali zmiany jakie mogą zajść w tym zespole. Prognozowali niefortunny zwrot w stronę bardziej komercyjnego metalcore’a, zamiast eksplorowania progresywnego metalu. Szkoda, bo Ci młodzianie prócz wciąż robiącego wrażenie warsztatu, mają kilka asów w rękawie. Jednym z utworów, który przywraca wiarę w ten band jest numer tytułowy, dość wolno rozkręcający się, ale za to szybko stający się niemal podręcznikowym przykładem tego, jak powinno się grać nowoczesną, nieszablonową, wciąż brutalną, gitarową muzykę. Swoja drogą, „Singularity” w całej swej rozciągłości byłoby niczym bez towarzyszącej popisom instrumentalistów elektroniki. Zawsze – niezależnie od tego czy te sample i syntezatorowe przeszkadzajki trafiają w moje gusta – chylę czoła przed ich aranżem. Tym bardziej, że w Northlane komponowanie nie odbywa się w sposób demokratyczny. Szok, że komuś rodzi się to wszystko we łbie, a potem jest to w stanie odegrać. Tyle, że ze smutkiem stwierdzam, że to, co robią oni sami plus wokalista jest niemal w 100 % procentach uzależnione od tego czy sprzęt – procesory, samplery i inne efektory są sprawne. Wszystko musi być grane nie tyle do „klika” (metronom) co do odpowiednio zaprogramowanych partii.

Mam nadzieję, że metal  – nawet ten bardzo skomplikowany, matematyczny i progresywny – nie stanie się niewolnikiem sprzętu. Tu wciąż liczą się muzycy. Ci z Northlane być może wkrótce sobie to uświadomią. Wraz z refleksją dotyczącą zmiany własnej stylistyki. Więcej ambientu proszę, mniej metalcore’a.

Grzegorz „Chain” Pindor
Trzy