NONE – VII

Nowa płyta None to już oczywista oczywistość. Zespół trzyma się nieźle i mimo zawirowań nadal pozostaje na swojej pozycji, walczy i choć czasy względnych sukcesów są dawno za nim, wydaje się nie przejmować przeciwnościami. I dzisiaj zdaje się też być najbliżej ideału.

Podział historii zespołu na dwa okresy narzuca się niemal od razu – lata 90. to czas prosperity i trzy, najważniejsze chyba, płyty w karierze. Jest to jednocześnie ewidentnie nu metalowy okres, czas fascynacji Machine Head czy Solulfly i różnie dzisiaj komentowana kolaboracja z Metal Mind. Wydaje się, że w tych latach zespół był bardziej niż kiedykolwiek na swoim miejscu, co potwierdzają późniejsze perypetie. Następna dekada to biblijne lata chude – nie ukrywam, że trochę mnie dziwiło to miotanie się zespołu, zmiany składu, flirt z metalcorem, próby „umelodyjnienia” i wygładzenia muzyki, zresztą płyty przechodziły trochę bez trzęsienia ziemi. Odnosiłem wrażenie, że zespół próbował odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ale efekt był taki, że pozostawał w tyle goniącego peletonu. Inna sprawa, że być może wcale nie chciał przewodzić tej czeredzie.NONE live

…i potwierdza to nowy album, który został nagrany tak, jakby None – wreszcie! – miał w dupie oczekiwania, zarówno swoje jak i potencjalnych słuchaczy. Zagrał muzykę, która siedzi w ich głowach, bez kalkulacji, ale też bez przesadnego spoglądania w przyszłość. Jeśli rozbierzemy te numery na czynniki pierwsze, okaże się, że składniki są klasyczne – stary, dobry thrash metal, odrobina nu metalowego, gumowego riffu, groove metalowo pracująca sekcja rytmiczna, amerykańsko drący się wokalista plus trochę partii solowych, czasami zaskakująco skręcających w stronę heavy metalu. Wszystko zostało bezkompromisowo zmieszane i uformowane w rasową, metalową pigułę. Niczego nie wyróżniam, bo płyta jest równa, ciążąca trochę w stronę tej nowoczesnej, amerykańskiej rzezi, ale jednocześnie odwołująca się też do początkowego okresu naszego niezapomnianego Flapjacka (sam Ślimak ma tu zresztą swój „ficzuring” we wstępie do „Baptized by Fire”). Nic nowego, ale tym razem None brzmi dla mnie przekonująco, tworząc „po prostu album metalowy” bez żadnych przedrostków, ukłonów czy niepotrzebnych wynalazków. Złapali jak dla mnie równowagę.

Gdzieś obok, w recenzji Feto In Fetus, red. Cieślak zadaje błyskotliwe pytanie „Czy świat potrzebuje wyłącznie wybitnych płyt?“ None też w pewnym sensie pod ten dylemat podpada, choć prezentuje inny kierunek metalowego łojenia. Nie sądzę, że płyta stanie się przyczyną kilku zawałów serc, ale krzywdzące byłoby jej całkowite zignorowanie. W tym przypadku słowa „solidna“ i „równa“ wcale nie są wymijającymi eufemizmami.

Arek Lerch 

Cztery