NON OPUS DEI – Diabeł (Witching Hour Productions)

Co nagle to po diable. Tak, powoli mija miesiąc od czasu kiedy olsztyńska załoga specjalizująca się „diabolicznym metalu” wypuściła w świat siódme w swoim dorobku, bezbożne dzieło. „Diabeł” – bo o tej właśnie płycie mowa – nawiedził mnie chwilę przed oficjalną premierą, a ponieważ zawsze darzyłam sympatią tego antagonistę i buntownika, niespiesznie zasiadałam do recenzowania albumu, wpierw uważnie słuchając co rogaty i jego „podopieczni” z Non Opus Dei mają do zagrania. I o ile dotychczas gdzieś rozmijałam się z tą hordą, tak „Diabeł” zadomowił się w moim odtwarzaczu na dobre (czy jak kto woli – złe), bo krążek to urozmaicony, ciekawy i wciągający.

„Diabeł” ma różne oblicza. Nie dziwi więc fakt, że najnowszy album bezbożników ze stolicy Warmii i Mazur również ukazuje trochę inny muzyczny wymiar, różnorodny, ciężki, duszny, chwilami wręcz rytualno-psychodeliczny. Motywem przewodnim całego muzycznego miszmaszu jest kult tytułowego buntownika na terenach warmińskich, a dźwięki, w które ów koncept został przyodziany, są równie urozmaicone jak ludowe wierzenia dotyczące wspomnianego czorta.

Dziesięć utworów trwających łącznie niespełna 36 minut to bogata mieszanka czerni, awangardy i diabelskich riffów. Jeśli dacie się zwieść korelacji nazewniczej, czy też ilości numerów do czasu trwania albumu i oczekiwać będziecie jedynie ultraszybkiej łupanki ku chwale rogatego, to niestety (albo właściwie „stety” i to bardzo „stety”) będziecie rozczarowani (czy może trafniej – zaskoczeni). Oczywiście, zaproszenie „Diabła” do swoich domostw równoznaczne jest z tym, że smolista czerń zaleje całą dostępną przestrzeń, ale w tempie nienachlanym, podobnym do tego, w jakim rozlewa się gęsta, bulgocąca maź. Dostojnie i nieuchronnie, jedynie chwilami powodując piekielny galop. Można powiedzieć, że jest to album (a)rytmicznie proporcjonalny, szybkie perkusyjne kanonady spowalniane są gitarowymi motywami i na odwrót, a motoryczne tempa równoważone są następującymi po nich zwolnieniami. Dominujące blackowe wokale stanowią pień, z którego rozgałęzia się cała gama dźwiękowych eksperymentów, niełatwych do zaszufladkowania, oscylują bowiem na szerokiej skali awangardowych rozwiązań, tworząc mieszankę dopracowanych technicznie i aranżacyjnie kompozycji, w które celowo zdaje się być przemycony pozorny chaos. A jak wiadomo, chaos to ład pierwotny, który zniszczono przy stworzeniu świata (jednak zachowano przy tworzeniu diabelskich pieśni).Non Opus Dei

Swoisty dualizm przejawia się nie tylko w muzycznej warstwie słyszanych kompozycji; z jednej strony surowe, brutalne riffy i wściekłe wokalizy, z drugiej deklamowane formuły magicznych praktyk i spowolniony, ciężarno – rytualny klimat doskonale współgrają z warstwą konceptualną. O ile tytułowy „Diabeł”, czy może Rogaty Bóg, zdaje się być głównym bohaterem tego bezbożnego dzieła, nad którym się rozwodzę, tak nie sposób nie dostrzec również żeńskiego pierwiastka – Wiedźmy, znającej moc zaklęć, a może Potrójnej Bogini, która łączy w sobie elementy dziewicy, matki i staruchy. „Gdy ujrzałem ją po raz pierwszy, pomyślałem, że jest tak stara jak lasy i jeziora mojej ziemi. Jednak również gdzieś głęboko wewnątrz czułem, iż była bardzo młoda. Tak młoda, jakby jeszcze nie narodziła się, jakby świat nie był jeszcze na nią gotowy.”

Nasuwa się więc pytanie, czy jesteście gotowi na przyjście Rogatego wraz z jego gromadą wiedźm, które odprawią rytuały, łapiąc, chrzcząc i krzyżując ropuchy po dziewięćkroć, by wyjawić wam dziesięciokrotny dar pod postacią płyty? Jeśli jeszcze nie ugościliście go należycie, przygotujcie się i zaproście „Diabła” do swoich domów, obdaruje was sowicie swoim muzycznym podobieństwem.

Justyna Bochenek

Cztery