NOMAD – Transmigration Of Consciousness (Witching Hour)

Korzystając z przerwy w działalności Behemoth, Seth wziął się na dokończenie kolejnej, piątej już propozycji swojego macierzystego zespołu. Nie wiem, czy płyta jest odreagowaniem na to, co muzyk gra w tym popularniejszym zespole, faktem jednak jest, że death metal zawarty na  „Transmigration Of Consciousness”  to jedna z dziwniejszych, muzycznych hybryd, jakie ostatnio zostały spłodzone.

Jeśli Nomad walczył o swoją tożsamość, to opisywana płyta jest wyraźnym dowodem na zwycięstwo w wielu kategoriach. Czy nadal można nazywać ansambl z Opoczna zespołem death metalowym? To pytanie będzie Was nurtować przez cały czas, jaki poświęcicie na konsumpcję płyty. I od razu uwaga – to nie są łatwe i przyjemne dźwięki. To nie jest muzyka, która wpada w ucho, czy epatuje techniczną złożonością. Nomad stworzył bardzo własne, introwertyczne pejzaże, łącząc masywność metalowego riffu z ponurym, niemal sludge’owym odjazdem. Techniczną biegłość i szaleńcze blasty zamienił na mielące w niskich rejestrach, skołtunione riffy oparte o plemienne, transowe bębnienie. Tylko gdzieniegdzie (np. w „The Demon’s Breath”…) decyduje się pochwalić, że kiedyś był uznawany za jeden z ciekawszych, death metalowych bandów w Polsce. Z tego etosu nic nie pozostało. Jest za to trudna, zapętlona i oryginalna magma, która na pewno zasługuje na uwagę. Zresztą, bez uwagi ta płyta Was zamęczy. A to dlatego, że zespół postanowił połączyć utwory za pomocą krótkich interludiów a to jeszcze bardziej zmusza do przełknięcia tych 40 minut w jednym kawałku. Trudno mówić o jakimś koncepcie, chyba, że w technicznym rozumieniu. Muzycznie numery różnią się od siebie, łączy je co najwyżej ponura, klaustrofobiczna niemal atmosfera. O ile wspomniany początek może jeszcze sugerować związki z dawnym Nomadem, o tyle od „Identity with Personification” zaczyna się zjazd do piekła. Wolne, majestatyczne riffy, wspomagane prosto bijącymi bębnami i poutykanymi tu i ówdzie gitarowymi hałasami kawałki przetaczają się przez głowę niczym walec. Podobnie jest w „Pearl Evil” a szczytowanie to zapewne „Abyss of Mediation”, który jest zdaniem podpisanego najciekawszym i jednocześnie najbardziej rozbudowanym fragmentem płyty. Dopiero w „Flames of Tomorrow” zespół na krótko przypomina sobie o szybszych tempach, to jednak tylko malutka wysepka w morzu wszechogarniającego, doom/death’owego piekła. Warto skupić się   na intrach, bo te są także małymi arcydziełami, kumulującymi za sprawą niepokojącej elektroniki, szumów, zgrzytów całą gamę strachów i fobii, które niczym z mitycznej puszki Pandory wyskakują, by co i rusz złapać za gardło.

No i nie da się słuchać tego krążka w odcinkach. Całość wciąga, nawet jeśli w pierwszym odruchu człowiek ma ochotę odłożyć płytę na półkę. To wymagający materiał i sądzę, że nie każdemu do gustu przypadnie. Ale czy death metal miał z założenia bawić tłumy?

Arek Lerch 5