NOCTURNAL BREED – Napalm Nights (Agonia Records)

Żeby docenić zalety mydła, szamponu i balsamów, trzeba czasami unurzać się w błocie, poczuć smród spalenizny i ekskrementów. Tak działa na człowieka kontakt z najnowszym, piątym już dziełem norweskich zaprzańców z Nocturnal Breed. Napalm nights, holy nights, chciałoby się zaśpiewać, choć to raczej mało poprawna politycznie odzywka. Zostańmy przy kulturalnej analizie zatem…

Noctrunal Breed to prawdziwi neandertalczycy. Zespół powstał w 96 i jestem w stanie uwierzyć, że tak wtedy jak i dziś wyglądają identycznie. Kult katan, naszywek, wąskich spodni i ogólnie wczesno – thrash’owego sztafażu rządzi niepodzielnie. Co akurat wpisuje się w obecną histerię na punkcie staro-szkolnego łojenia. Podobnie jest z muzyką. Jeśli ktoś oczekuje nowoczesnego pierdzenia i awangardy, niech jedzie do Paryża. Mieszkańcy Oslo wolą drewniane chaty i podobnie, jak udzielający się na płycie gościnnie Nocturno Culto z Darkthrone, spoglądają głównie w stronę złotego wieku, czyli lat 80 – tych, które dla sporej grupy maniaków metalu pozostają sentymentalną ziemią obiecaną. Co absolutnie nie budzi mojego politowania, sam chętnie wracam do dekad, w których, choć w zupełnie innej szufladce, zostawiłem serducho.Nocturnal Breed Band

Do rzeczy zatem. „Napalm Nights” to ponad godzina starej, obskurnej thash’owej rzezi, z wyraźnym posmakiem czegoś diabelskiego w tle; smolista aura unosi się nad krążkiem niemal przez cały czas, gdzieś tam chce znaleźć ujście i wreszcie się udaje – kończący płytę „Krigshisser” to zagrany na oldskulowym blaście, zatwardziały, archetypiczny black metal. Choć to w zasadzie jedynie wyjątek od reguły, bo reszta bazuje na średnio – technicznym, zawziętym i wściekłym thrashu. Zastanawia uwielbienie dla długich form, bo granie takiej muzyki w odcinkach sięgających nawet 7 minut (np. „Dragging The Priests”) wymaga niezłej kondycji i… pomysłu. Można się zżymać czy grupie uda się utrzymać napięcie, kiedy trafiamy na… 12 – minutowy kawałek tytułowy, poświęcony, a jakże, wojnie w Wietnamie. Cóż, przyznam, że nawet nieźle się tego słucha, tym bardziej, że zespół stara się jak może urozmaicić formę, zmieniając nastroje, dodając sample itp. Widać, że chcieli stworzyć chyba najambitniejsze dzieło w karierze. Na pewno udało się zaś odpowiednio zróżnicować płytę. Słychać tu echa ekipy Lemmy’ego („The Bitch of Buchenwald” czy motoryczny „The Devil Swetp the Ruins”), jest ukłon w stronę klasycznych, heavy metalowych harmonii (“Speedkrieg” i „Dawn Campaign…”), wprawne ucho wychwyci sporo wpływów niemieckiej szkoły z Kreator i Sodom na czele („Thrashiac”), słowem, każdy maniak, który kisi w domu katany z naszywkami bogów metalu’80, powinien zaopatrzyć się w „Napalm Nights”, że taką prymitywną agitką pojadę. Zespół gra stylowo, konkretnie i bije z tego autentyzm. Oczywiście, nad wszystkim dominuje ten lekko zapleśniały smaczek, powodujący, że muzyki raczej nie strawią puryści. Jeśli miałbym wyróżnić kogoś bardziej konkretnie, byłby to krzykacz S.A. Destroyer (wspomagany przez bębniarza Texa Terrora), bo jego maniera zdecydowanie dodaje dźwiękom przyjemnej chropowatości. Nie podoba mi się za to nieco za suche brzmienie garków. Czyli w sumie – niezła dawka ogłuszającego i śmierdzącego hałasu.

Na szczęście – nie trzeba traktować płyty jako li tylko sentymentalnej wycieczki do czasów, kiedy metalowiec budził postrach. Nocturnale nie są jakimś skansenem, bo i muzyka przez nich grana, może za sprawą sprawności a może bijącego z niej przekonania, nie śmierdzi naftaliną. Widać także gołym okiem ambicje zespołu do stworzenia czegoś prawie monumentalnego. Są blisko – „Napalm…” nie jest może objawieniem, ale całkiem sensownym, czyli krwistym ochłapem. Coś dla prawdziwych maniaków metalu. Bez żadnych dodatków i epitetów.

Arek Lerch

Cztery i pół