NIHIL OBSTAT – Disintegration (Gormageddon Productions/Stygian Crypt)

Z brutalnym death metalem sprawa jest wybitnie prosta. Albo się go lubi, bo jest – jakież to banalne – brutalny, albo nienawidzi, bo zawiera tylko i wyłącznie mielone na wysokich obrotach riffy, złożone w chaotyczny konglomerat morderczych dźwięków. Prościej? No, po prostu jeden kurewsko ciężki, asłuchalny rozpierdol.

Kolumbijski Nihil Obstat spokojnie mógłby zmieścić się w katalogu Unmatched Brutality i zająć miejsce u boku Guttural Secrete, Insidous Decrepancy czy Liturgy. Wspólny element dla wszystkich tych kapel jest jeden: sukcesywne mielenie dźwiękiem, przepuszczanie przez sito gwałtownych riffów i dławienie stutonowym groovem, spadającym z nienacka na łeb słuchacza. Generalnie rzecz biorąc rzadko kiedy można lubieżnie zachwycić się takim graniem (no chyba, że zaczniemy rozmawiać o Devourment, czy oficjalnych debiutach dwóch pierwszych z wyżej wymienionych ekip), ale rzadko kiedy można stwierdzić, że jest to produkt bezwartościowy. Kolumbijczycy nie podbiją świata wraz z ‘Disintegration’, ale mają jedną bardzo ważną dla gatunku zaletę: zdają sobie doskonale sprawę z tego, że szybko I brutalnie wcale nie znaczy lepiej. Dlatego też tak cholernie rajcuje mnie groove i szarpane riffy ‘Monolith Of Life (Confinement Of The Flesh)’, na tle których fantastycznie płynie linia basu, a bębny zmieniają totalnie fakturę utworu. Albo takie ‘Irrationality’, które od samego początku sypie rwanymi podziałami i nieco połamaną melodyką, by w końcówce bezczelnie wbić ziemię masywnym riffem i monotonnie zawodzącym bulgotem Andrésa. Jest po prostu krótko i na temat – bez ciągnących się jak flaki z olejem naddźwiękowych riffów, nieczytelnych solówek i wszędobylskiego wrzasku zakrywającego wszystko to, co z muzycznego punktu widzenia można w brutalnym śmierć metalu uznać za wartościowe.

Drugi album Nihil Obstat na pewno spodoba się fanatykom death metalowej ekstremy. I choć składniki są dla gatunku bardzo powszednie, to ‘Disintegration’ słucha się dość dobrze I bezproblemowo. Co prawda wyżej stawiam dokonania wspomnianych kapel (no, może poza bezpłciowym Liturgy), to Kolumbijczycy mają prawo chodzić z podniesioną głową.

Dooban 4,5