NICK  CAVE&THE BAD SEEDS – Skeleton Tree (Kobalt)

O muzyce nie powinno się pisać, powinno się jej słuchać. Maksyma, która często powtarzana jest nieco cynicznie przez tych, co o niej piszą i to dużo, w przypadku nowej, szesnastej płyty Cave’a sprawdza się idealnie. O tej płycie nie powinno się pisać. Dlaczego? Bo w zasadzie podwójnie nie jest to płyta Cave’a.

Po pierwsze, chodzi o ten wałkowany kontekst. Mam wrażenie, że sygnowanie tego krótkiego krążka mianem Nick Cave and the Bad Seeds jest tylko i wyłącznie sugestią czy też naciskiem wytwórni. Bo trudno w kontekście zarówno wcześniejszych albumów artysty jak i tragedii, jaka go spotkała traktować „Skeleton Tree” jako pełnowymiarową i pełnoprawną płytę w dyskografii, w dodatku całego zespołu. W zasadzie to solowy, intymny wywód na temat rozdartej duszy, próba rozprawienia się ze śmiercią, z własnym smutkiem. Zważywszy na fakt, że prace nad płytą rozpoczęły się ponoć w 2014 roku, można sobie tylko wyobrażać jaki wpływ miały późniejsze wydarzenia na kształt tych utworów…

Jakiś czas temu, oglądając film 20 000 dni na ziemi, zastanawiałem się, czy aby ta gloryfikacja nudnego w gruncie rzeczy, choć podanego w hipnotyzujący (żeby nie powiedzieć, narcystyczny) sposób życia Nicka i Warrena Ellisa (tak, tak…) nie jest jakimś tam kuszeniem losu. W filmie nasz bohater, spotykający zresztą parę zjaw z przeszłości, zdaje się sugerować: jest mi dobrze tu i teraz. No i przekonał wyższe moce, żeby znowu rozciągnęły nad nim swój mrok. Mrok, który przecież wlókł się za nim przez całe życie, czy to irracjonalny, literacki albo wręcz dosłowny, kiedy pogrążał się w narkotykowym niebycie. Tak czy inaczej, nie da się tej muzyki chwalić czy ganić. Bo to tak, jakby pójść na pogrzeb i komplementować estetyczne wykonanie urny. Bez sensu. Oczywiście, dochodzimy tu do swego rodzaju „zagwozdki”, bo przecież oficjalnie jest to album, który znajduje się w dystrybucji i dyskografii artysty, a więc podlega prawom marketingu. A skoro tak, nie wolno pominąć tego aspektu. Już sama okładka – jakże odmienna od całej, kolorowej i ciekawej oprawy płyt Cave’a (tu kojarząca się bardziej z listem samobójcy…), sugeruje „inność”, mówiąc – usiądźcie i westchnijcie. No to wzdycham, słucham, ale nie płaczę. Cieszę się za to, że Nick zamiast wleźć znowu w szpony nałogu – co w tej sytuacji nie byłoby wcale takie dziwne – wziął się za siebie i przekuł żałobę na dźwięki.nc1

Właśnie, dźwięki… Kolega Jarek Szubrycht, pisząc o tej płycie zasugerował, że Warren Ellis wycofał się dyskretnie, żeby nie przeszkadzać pogrążonemu w żałobie koledze. Hmmm, pozwolę się nie zgodzić. Wg. mnie to raczej Nick tym razem oddał wszystkie sznurki w ręce skrzypka i pozwolił się prowadzić, dokładnie tam, gdzie ten chciał. Gdybym był złośliwy, stwierdziłbym, że płyta powinna być raczej sygnowana nazwą „Warren Ellis and The Bad Seeds with guest appearance of Nick Cave”. Nie chcę w tym miejscu ponownie dywagować, co spowodowało, że Nick aż do tego stopnia zaufał swojemu w zasadzie już mentorowi. Kiedyś twierdziłem, że Ellis zastąpił w składzie Blixę Bargelda, ale teraz widać jak na dłoni, że ten nigdy nie miał aż takiego wpływu na muzykę The Bad Seeds. Zapewne z tego powodu z zespołem pożegnał się też Mick Harvey (36 lat współpracy!). Znak zapytania pojawił się już na Push The Sky Away, która to płyta, choć dobrze oceniana, w moim odczuciu nie dorównywała arcydziełom Cave’a.

Dominujący na płycie nastrój potęguje układ utworów. W zasadzie to głównie ballady, tyle, że o ile wcześniej były one bogato instrumentowane, tym razem oszczędność stała się wręcz dojmująca. Taki jest nieco przydługawy „Distant Sky”, podobnie „Girl In Amber”. Nieco lepiej prezentują się piosenki z pełną instrumentacją, min. wałek tytułowy czy  „I Need You”. Spokój, cisza, ból, rozpacz. Chodzi oczywiście o klimat nagrań. Sprawę ratuje doskonały „Jesus Alone”, gdzie odżywa ten firmowy niepokój, przyjemnie nerwowo robi się też w „Anthrocene” i „Rings of Saturn”; to dobre piosenki, bo choć sposób konstruowania od razu nasuwa przypuszczenia, kto jest ich głównym autorem, stanowią przyjemną odmianę po balladzichach i ten kierunek mógłbym uznać za najlepszy dla dalszej drogi Cave’a i The Bad Seeds.nc

Dziwna to płyta. Nie narusza w żaden sposób mojego szacunku do tego pana, którego zawsze będę darzył wielkim uznaniem i czekał na kolejne płyty. Staram się być delikatny, jednak, mimo wszystko, nie mogę uznać „Skeleton Tree” za dzieło doskonałe. Materiał jest nierówny, skażony mrokiem, choć zapewne ten i ów krytyk uzna płytę za wyraz dojrzałości artystycznej. A przede wszystkim swobody, bo nikt nie może Nicolasowi zabronić współpracować z kim chce i eksperymentować z własnym talentem. Czekam, kiedy uda mi się zrozumieć kierunek obrany aktualnie przez The Bad Seeds, kiedy uda mi się wydestylować geniusz obecnego oblicza Nicka. Może to mi się uda, ale i tak – w tym momencie –  prawdziwy Cave kryje się dla mnie gdzieś w mrokach przeszłości. I raczej nic nie wskazuje, że sytuacja ulegnie zmianie, chyba że drogi Ellisa i bohatera niniejszego tekstu się rozejdą. Na razie na to się nie zapowiada, a mi pozostaje uszanować żałobę, odłożyć płytę na półkę i czekać; może za czas jakiś powrócę do „Skeleton Tree”, kiedy echa tragedii nieco przyblakną i wtedy wydam kolejny werdykt. Mam nadzieję, że płyta bez rzeczonego kontekstu, w ostatecznym rozrachunku mnie nie rozczaruje… Bo co mam zrobić, skoro wolę Nicka w rozchełstanej koszuli, z winem w łapie, mającego za sobą grający z rozmachem band, gdzieś tak w okolicach przełomu 2004 i 2005 roku, podczas promocji „Abattoir Blues/The Lyre of Orpheus”. Moje prawo i przynajmniej na razie bez oceny…

Arek Lerch