NICK CAVE & THE BAD SEEDS – Push The Sky Away (Bad Seed Ltd.)

Na początek oświadczenie – maniakalnym fanem Cave’a pozostanę do śmierci. Jego lub mojej. I z takiej pozycji mam zamiar opisać najnowsze dzieło. Jeśli ktoś uważa mój subiektywizm za niegodny dziennikarza – przepraszam i sugeruję by nie czytać poniższych słów. Meritum – Nick Cave&The Bad Seeds nagrali swój piętnasty album…

Skoro już przebrnęliście przez wstęp, wiecie pewnie jak będzie. Osobiście i sentymentalnie. Pamiętam swój pierwszy kontakt z… Ok., darujmy sobie pieprzenie starego dziada. Było jak było, a dzisiaj jest już zupełnie inaczej. Cave jest dorosłym, wyleczonym zapewne z wszelkich używek facetem, który niechętnie wraca do czasów, kiedy pisał „Oślicę” mieszkając kątem u kumpla. Zresztą, zapewne z tego okresu niewiele pamięta. Przez lata sporo się zmieniło, ale jedno pozostało bez zmian – ten głos/osobowość cholernie fascynuje, wciąga i intryguje. I choć trudno dzisiaj szukać w muzyce mistrza dosłownej dysharmonii, nadal łatwo wyłowić dekadenckiego ducha, który powoduje, że niezależnie czy słuchamy „From Her to Eternity” czy „Push the Sky Away”,  mamy do czynienia z takim samym pokładem emocji. Mrocznych emocji. Sporo zmieniło się też w samym układzie sił. Dzisiejszą sytuację można opisać krótko – „Nick Cave i Warren Ellis plus reszta”. Trudno dziwić się, że z zespołu odszedł najbliższy współpracownik i współzałożyciel Bad Seeds, Mick Harvey, skoro Cave chyba nawet do łazienki udaje się z brodatym skrzypkiem. I tu mały wtręt historyczny – miałem przyjemność uczestniczyć w koncercie mistrza podczas promocji albumu „No More Shall We Part” (2001). Z dzisiejszej perspektywy mogę przyznać, że byłem świadkiem zmiany warty: na scenie widziałem wówczas szalejącego Warrena Ellisa, który ze skrzypcami robił rzeczy wręcz wulgarne, zaś gdzieś z boku stał znudzony Blixa Bargeld, od niechcenia trącający struny gitary i nawet zaczepki Cave’a nie były w stanie go ożywić. Dzisiaj Ellis zajął miejsce ponurego Niemca i nie tylko dodaje pieprzu Bad Seeds, ale też współpracuje z Nickiem przy komponowaniu muzyki filmowej oraz – chyba nikogo to nie dziwi –  hałasował w Grindermanie.

Jaki jest zatem nowy album  „Push The Sky Away”? To nic innego jak „The Boatman’s Call” nowego milenium. Tak jak wspomniana płyta stanowiła wyciszenie po rewelacyjnych albumach „Henry’s Dream” i „Let Love In” oraz gigantycznym, komercyjnym sukcesie „Murder Ballads”, tak „Push the Sky Away” to chillout po szaleństwach dwóch Grindermanów i mocnego, rockowego „Dig Lazarus Dig”. Trudno oczekiwać, że po wspomnianych płytach Cave nadal będzie miał ochotę spalać się emocjonalnie i fizycznie. Pozorny spokój tej płyty jest na szczęście nadal… cave’owski. Nikt inny nie potrafi w tak perfidny sposób potęgować napięcia za pomocą banalnie prostych, minimalistycznych środków. Zastąpienie w kilku utworach perkusji wyeksponowanym basem to zabieg mistrzowski, swój szczyt osiągający w „Water’s Edge”. W tle tego utworu mamy firmowy patent Bad Seeds – czyli niepokojące, zapętlone skrzypce Warrena. To niewątpliwie jeden z szczytowych momentów krążka. Drugim niech będzie „Jubilee Street” – klasyczna, balladowa opowieść o prostytutce, z świetnym, zagranym z rozmachem finałem. Tu skojarzenia wędrują w stronę „Abattoir Blues”. Trzeci szczyt osiągamy za sprawą siedmiominutowego „Higgs Boson Blues”. Znowu długa, spiętrzająca się opowieść, stopniowanie napięcia i rewelacyjna instrumentacja. Sądzę, że te trzy utwory będą stanowić trzon koncertowej prezentacji na najbliższych trasach Bad Seeds. Reszta jest… dobra. Dobra jak na Cave’a, czyli rewelacyjna w zderzeniu z przeciętnością otoczenia i jedynie utwór tytułowy ze swoim męczącym minimalizmem (podobnie nie mogę strawić „Christina the Astonishing” z „Henry’s Dream”…) jakoś mnie nie przekonuje. Cave nie zawodzi także jako autor tekstów – jest mrok, prostytutka, lucyfer, seks, choć trzeba też przyznać, że w podobnej muzyce, dość oszczędnej , nie – gawędziarskiej formie.

Nowa płyta zachwyca nie tyle kompozycjami ile pewnymi rozwiązaniami, delikatnym eksperymentowaniem formą i poszukiwaniem nowych brzmień. Odwracanie funkcji instrumentów, sprowadzenie rytmiki do pierwotnej formy, minimalizowanie podkładów („Wide Lovely Eyes”, „We No Who U R”) to już klasyka. Cave nagrał kolejną, solidną a nawet bardzo dobrą płytę (uśredniając wszystkie utwory…), choć na pewno nie tak nakręconą jak dwa albumy Grinderman. Tylko dlatego nie wynoszę jej na piedestał, choć i tak będzie to jedno z ważniejszych wydarzeń tego roku. Dla mnie.

Arek Lerch

Pięć