NEWBREED – Newbreed (Metal Mind Prod.)

Bielska załoga wreszcie doczekała się uznania molocha i trzeba przyznać, że w dobrym momencie, bo nagrali autentycznie ciekawą płytę. Co nie znaczy, że poprzednie krążki były złe – wręcz przeciwnie. Tyle, że tym razem zespół gra najbardziej przekonujące dźwięki w swojej karierze i nawet jeśli słychać w nich wyraźne inspiracje, to są one w kontekście doskonałej muzyki usankcjonowane.

Byłbym niewdzięczny, gdybym nie docenił poprzednich dzieł bielszczan. Co z tego, skoro poprzednicy „Newbreed” jawili mi się raczej jako ciekawostka, raz bardziej („If I Were the Rain”) raz mniej ckliwa. Wprawdzie już poprzednia płyta „Child of the Sun” była z wszech miar ciekawa, jednak na dłuższym dystansie stawała się troszkę przyciężkawa. W tym kontekście „Newbreed” jest niewiarygodnym wręcz połączeniem połamanych po myśli Meshuggah rytmów z melancholijnym, progresywnym niemal rozmachem Opeth. To właśnie zderzenie na linii popisy wokalne – sekcja iskrzy najbardziej i co warte podkreślenia, tworzy miksturę z wszech miar oryginalną. Jednym słowem – jeśli ktoś chce pozachwycać się łamanymi, niesymetrycznymi bębnami, znajdzie tu sporo dla siebie, a jak woli rozmarzyć się przy wciągających melodiach, także nie będzie żałował kontaktu z „Newbreed”. A jednocześnie nowa płyta zespołu jest najbardziej nośną, przyswajalną porcją muzyki, stworzoną przez zespół. Grupa bardzo sprawnie porusza się po aranżacyjnych meandrach, tworząc muzykę, której labirynt można przemierzać wielokrotnie i zawsze znajdzie się coś ciekawego – zagrywkę, czy harmonię zmieniającą wydźwięk numeru. Zespół potrafi dawkować napięcie, nie przesadza z przepychem, starając się odpowiednio wietrzyć kompozycje, dzięki czemu nie ma poczucia tej duszności, jaka towarzyszyła podczas konsumpcji „Child of the Sun”. Nowa płyta zdradza także eksperymentatorskie ciągoty grupy, choćby za sprawą ambientowego, świetnie wpisującego się w muzykę grupy kawałka „When I Admire the World”. Dla piszącego te słowa mistrzostwem jest zaś pięknie „transujący” „Hope That You’re Alright”, który już teraz jawi się jako koncertowy pewnik.

Nie wiem, czy opisywany tu materiał jest świadectwem kompletnej już metamorfozy zespołu, czy tylko kolejnym wcieleniem kameleona z Bielska. Ważne, że zamiast niestrawnych poszukiwań mamy muzykę, która świetnie sprawdzi się zarówno na scenie jak i w domowym zaciszu. Coś dla miłośników matematyki, progresywnego metalu i wciągającej melodyki. Doskonale skomponowanej i zagranej. Produkt światowy.

Arek Lerch 5,5