NEW MODEL ARMY – Winter (Attack Attack/Mystic)

Rock jako narzędzie rebelii? Czy coś takiego w XXI wieku jest jeszcze możliwe? Być może kiedyś, wiele lat temu, ktoś uważał, że faktycznie za pomocą słów i muzyki można zmieniać świat. Stop! Nadal jest ktoś taki. Justin Sullivan, szef New Model Army nie zboczył z raz obranej ścieżki i nadal piętnuje to co dzieje się na świecie. Zaangażowane teksty, niezłomna postawa, wybity ząb i tak od wielu, wielu lat. Jasne, dzisiaj mało kto wierzy w te słowa, traktując te wszystkie utopijne frazy jako niezbędny choć naiwny dodatek do muzyki. Coś jednak w tym musi być, jakieś przekonanie, które trzyma zespół i jego lidera na powierzchni. Może chodzi o talent, bo tego NMA nie można odmówić. Może o refreny? A może o „Thunder&Consolation”, płytę, która nadal, mimo, że od jej wydania upłynęło 27 lat, stanowi przykład porywającej wizji i jeszcze bardziej kopiącej muzyki. Ten przełom spowodował, że New Model Army z punkowo – folkowego niszowego zespołu stał się gwiazdą. Oczywiście, na miarę możliwości. Późniejsze lata bywały rożne, trafiały się płyty doskonałe, ale i nieco słabsze, jednak zespół nie odpuszczał. Stajać się powoli fenomenem. Świadczy o tym chociażby przedostatnia płyta „Between Dog&Wolf”, którą zespół pokazał, że potrafi eksperymentować, odchodząc od sprawdzonej formuły. „Winter” to jednak powrót na stare śmieci, do miejsca, gdzie Sullivanowi najlepiej. Folk – punkowego rocka zagranego z rozmachem, pewnością siebie i ponownie z niesłabnącym przekonaniem o własnej misji. Czy to wiara, czy premedytacja, nie będę wyrokował; wiem za to, że New Model Army jest zespołem, który należy znać i szanować, bo stali się już instytucją. Która nadal ma dużo do zaoferowania. Wprawdzie „Winter” nie zostanie najlepszą płytą w dyskografii, wstydu im nie przynosi. I to jest najważniejsza konstatacja. Świat – nie tyko muzyczny – byłby uboższy bez Sullivana i jego małej, wesołej i wojowniczej armii… Przekonamy się o tym już w październiku, kiedy zespół ponownie zawita do Polski…

Arek: Może będzie to banalne, bo dołączam w ten sposób do całej watahy nowoarmijnych żołnierzy, związanych z zespołem od tego właśnie momentu, ale prawda jest taka, że do NMA przekonałem się po lekturze mega płyty „Thunder and Consolation”. Jak było z tobą?

Paweł: Przygodę z New Model Army zacząłem od płyty „Today Is a Good Day”, a konkretnie od kawałka „States Radio”. Wtedy jeszcze całkiem popularne były fora internetowe i na którymś z nich przeczytałem kilka ciepłych słów na temat tej płyty, a w szczególności tego utworu. „Thunder and Consolation” poznałem nieco później, ale zażarło od razu. Te refreny! Obok „The Ghost Of Cain” to moja ulubiona płyta Brytyjczyków. Czy im w ogóle kiedykolwiek zdarzyła się jakaś wpadka? Moim zdaniem nie nagrali żadnej słabej płyty. Wszystkie trzymają poziom.

Arek: Fakt, trzymają, oczywiście, różnie to wychodzi, ale przy takiej ilości płyt mają faktycznie sporo do powiedzenia. Co ciekawe, stylistycznie nie jest to w zasadzie nic oryginalnego, ot, mieszanina punka, folku i szczypty rocka. Kluczem jest Justin i dziura po zębie…band

Paweł: Mnie się w tej muzyce podoba to, że jest patetyczna, ale w taki przyjemny sposób, bez kija w dupie. Na tym chyba polega fenomen New Model Army. Na tym i na Justinie, o czym już wspomniałeś. Mają też talent do pisania refrenów – są krótkie, łatwe do zapamiętania i wpadające w ucho. No i Sullivan śpiewa z taką pasją, że trudno nie dać się porwać.

Arek: Ha, ha, właśnie – pasja. Dla jednych rewolucyjna, dla innych naiwna. Gość z żarliwością neofity nawołuje od lat do rewolucji, która nigdy nie nadejdzie. I tak się tylko czasami zastanawiam czy to jeszcze romantyzm czy już premedytacja…

Paweł: Ha, ale kto się jeszcze dzisiaj przejmuje, o czym śpiewa jakiś gość z gitarą? Muzyka nie jest już, dla większości odbiorów, sposobem na kontestację rzeczywistości. Nie ma na to czasu.

Arek: Niby mógłbym się zgodzić. Ok., ale wyobrażasz sobie NMA bez tej romantycznej i wojownczej otoczki? Wyobrażasz sobie Justina śpiewającego gupoty o dupie maryni? No proszę cię… To integralna część tego konceptu nawet jeśli to utopia… I premedytacja. Może lubimy NMA właśnie za to że podobnie jak dobra książka przenosi nas do innego świata? Płyty tego zespołu są dla mnie właśnie jak dobra awanturnicza powieść… Z okresu Lellevelera…

Paweł: Nie no, ja stwierdzam jedynie, że dzisiaj mało kogo obchodzą teksty – nie mam przez to na myśli, że wszyscy powinni nagle zacząć śpiewać o niczym. Ta otoczka, te teksty to część przyjemnego patosu, o którym wcześniej wspomniałem. Sullivan kojarzy mi się z rycerzem w srebrnej zbroi, ruszającym naprzeciw wielkiej, kapitalistycznej machinie. A czy jego pobudki są szczere? Trudno wyrokować. Powody do „walki” są, bo świat idzie w coraz bardziej odwrotnym kieurnku, niż chciałby tego Sullivan.

Arek: Może dlatego Sullivan patrzy za siebie? Bo nowe dzieło jest wyraźnym krokiem wstecz, w stosunku do mocno eksperymentalnej płyty „Between Dog and Wolf”. Wracamy do folk punka, do radosnej, dziarskiej energii i wyzywająco podniesionej pięści. Muzycznie ten materiał jest dużo bliżej tych klasycznych płyt i tu mam trochę wahanie – przyznam, że jestem wielkim fanem „Between…” i te suche, transowe dodnienia bardzo mi się podobały. Może dlatego w pierwszym momencie, kiedy poleciał „Winter”, leciutko westchnąłem…

Paweł: „Between…” okazał się w zasadzie jednorazowym wyskokiem. Otwierający nowy krążek „Beginning” mocno mnie zaintrygował, bo też jest jak na NMA nietypowy. Kiedy jednak poleciał numer tytułowy, podobnie jak ty, nieco się zawiodłem, bo chyba podświadomie gdzieś oczekiwałem rozwinięcia formuły z „Between…”. Tylko w jakim kierunku miałoby to iść? Zrobić drugą, taką samą płytę? Nuda. Pójść w jeszcze większy eksperyment? Spore ryzyko, bo łatwo można się pogubić. Wybrali najbezpieczniejsze rozwiązanie.nma

Arek: Bezpieczne. Wyciągnęli po prostu wnioski ze swojej kariery. Pamiętaj o klapie „Impurity”, płyty, która miała być wzorcowym następcą „Thunder and Consolation”. Nie wyszło. Może chodzi o to, że premedytacja Sullivanowi po prostu nie wychodzi? I tylko wtedy kiedy jest szczery – jakakolwiek ta szczerość by nie była – wszystko żre jak trzeba. Widzę tu pewną paralelę z działalnością Killing Joke. Ta sama utopia, ale wszystko oparte na autentyczności lidera…

Paweł: Sullivan i Coleman to w sumie podobne osobistości. Enigmatyczni, głoszący własną wizję świata i bezkompromisowi. Mogliby ruszyć w jakąś wspólną trasę. Ale wracając do „Winter” – to solidny krążek. Tak go sobie teraz słucham raz jeszcze i słyszę tu echa poprzedniej płyty – ot, choćby rytm w „Born Feral”, te transowe bębny, takie w stylu „Between…” właśnie. Poza tym – jak zawsze – nie zawodzą melodie. No i refreny. Cholera, mało który zespół potrafi pisać takie dobre refreny.

Arek: To się talent nazywa. Talent, lata doświadczenia i jednak pewna doza premedytacji. Po tylu latach Sullivan musi przebierać i odsiewać pomysły, bo łatwo byłoby wpaść w pułapkę powtarzalności. Choć i tak możemy na nowej płycie wyłapać różne wątki, kojarzące się z przeszłością. A nawet wspomnianym Killing Joke, bo „Devil” to przecież wypisz – wymaluj taka właśnie formuła. Cieszy mnie za to fakt, że te spokojniejsze, akustyczne rzeczy są strawne i niezbyt pompatyczne. Jak chce to potrafi zrobić odpowiedni rozmach („Beginning”), są post punkowe smaczki, jest melodia. Wzorcowy New Model Army, dla każdego coś miłego, pytanie, czy współczesny odbiorca będzie w stanie wsłuchać się w muzykę i nie potraktuje ekipy Sullivana jak dziadków z minionej epoki…

Paweł: Myślę, że nie. To nie Black Sabbath, oni nie odcinają kuponów, tylko nadal są twórczy, nadal gonią króliczka. No chyba, że dogonili go już na „Between Dog and Wolf” – dla mnie to ich szczytowe osiągnięcie w XXI wieku.

Arek: Fakt, dla mnie też. Ale jednak miałem coś takiego, że kiedy słuchałem tej skądinąd doskonałej płyty, w niektórych stanach emocjonalnych pożądałem jednak tego klasycznego, rozśpiewanego New Model Army, z posmakiem post punka i folku. Dlatego uważam – abstrahując od zalet i wad „Winter”, że New Model Army to jakiś stan umysłu, coś co każe lubić tą małą armię Sullivana, kupować ją jako całość, albo po prostu nie. Na pewno równie godnie reprezentują swój kraj, co najmniej tak samo jak black’owcy Norwegię

Paweł: New Model Army skończy się dopiero wtedy, kiedy nastanie wreszcie ten ostateczny krach systemu korporacji, kiedy spełni się sullivanowska utopia, kiedy wreszcie ten zamek, jak nawołuje na nowej płycie Justin, zostanie zburzony.

Arek: Czyli nigdy, zatem – póki sił starczy – Justin będzie nas raczył swoją muzyką… Cieszymy się? A teraz na konieclive małe top5 armijnej dyskografii – zaczynaj.

Paweł: 1. Thunder and Consolation 2. The Ghost Of Cain 3. Between Dog and Wolf 4. The Love Of Hopeless Causes 5. High

Arek: 1.Thunder&Consolation 2. Between Dog and Wolf  3. Strange Brotherhood  4.Eight  5.Today Is A Good Day. To na dzisiaj. Jutro będzie pewnie inaczej…

Paweł: Trzy pozycje nam się zgadzają. Zaskoczył mnie tylko brak „The Ghost Of Cain” u Ciebe. Z czego to wynika?

Arek: Wiesz co – nie wiem… Po prostu wolę późniejszy NMA. Choć oczywiście – że tak pojadę sentymentem – „Ghost…” był jedną z pierwszych pirackich kaset, jakie kupiłem. Ale w tym zestawieniu kierowałem się raczej aktualnym stanem ducha niż, hmmm, pragmatyzmem… Bo z NMA jest u mnie jak z falami – przypływają i odpływają. Mam okresy, kiedy nie mogę słuchać tego zespołu, a potem robię sobie maratony i codziennie słucham którejś płyty. Ale to chyba naturalne.

O nowym modelu armii rozmawiali Paweł Drabarek i Arek Lerch