NEKRON – Border of Light and Darkness (Krew Diabła)

Przyznam się, że przy pierwszym kontakcie z twórczością Nekron złapałem się za głowę. A ściślej, za uszy. Do odsłuchu „Border of Light and Darkness” siadałem więc jak za karę, wieszcząc drogę przez mękę, która jednak nie nastąpiła. Nie to, żebym zakochał się w tej muzyce, ale nekronowa wizja black metalu jest na swój sposób rozbrajająca.

Sytuacja jest taka, że Nekron kocha swój Burzum, i kocha go do tego stopnia, że postanowił nagrać go jeszcze raz. Drugi album tego jednoosobowego horda to dźwięki wprost zaczerpnięte z „Hvis lyset tar oss” i „Filosofem” – ale nie na zasadzie „luźnej inspiracji” czy „próby nawiązania do tego niepowtarzalnego klimatu”, tylko czerpania pełnymi garściami bez owijania w bawełnę. I tak, „Border” zaczyna się jak „Det som en gang var”, klawisze w „Call of Deep Forest” od razu przypominają „Dunkelheit”, cała druga część płNekronyty to instrumentalne, ambientowe wprawki i tak dalej… Na upartego można by przywołać tu wczesny Summoning czy Strid, ale w gruncie rzeczy szukanie innych odniesień nie ma większego sensu, bo wszystko jest jasne od pierwszych minut. Dziwi mnie taki pomysł Nekrona na siebie, ale też nie mogę powiedzieć, że widocznie artysta nic więcej nie potrafi. Ten formalny prymitywizm wydaje mi się zamierzony, a „Border…” nie brzmi nieporadnie, on brzmi tak, jak miał brzmieć. Po prawdzie, w ramach swojej specyficznej konwencji, wszystko gra i buczy. Dosłownie i w przenośni. I o dziwo, najfajniejszym momentem płyty jest ambientowy „Awakening”, brzmiący jak jakieś piwniczne demo Klausa Schulze.

Nekrona wizja black metalu kształtowała się w zupełnie innych czasach, kiedy artysta grał w Immanis, a świat nie słyszał jeszcze o Deathspell Omega. „Border…” to muzyka żywcem wyciągnięta z tamtej epoki, choć mimo wszystko lepiej zagrana i nagrana niż zakładał to ówczesny standard rodzimej czarnej sztuki. Jest to naiwne, nawiedzone i szczere, i zupełnie nie przystaje do współczesnych standardów, co wcale nie musi być wadą. Nekron przespał trzy epoki, co tylko mu się przysłużyło i szkoda trochę, że przywiązanie do starych nagrań Burzum nie pozwala mu na zagranie czegoś minimalnie bardziej „własnego”. Znajdą się jednak maniacy starej szkoły polskiego black metalu, na których zapotrzebowanie „Border…” odpowie idealnie – jednak jest to płyta dla nich i tylko dla nich.

Bartosz Cieślak

Trzy