NEKROFILTH  – Street Bitch (Doomentia Records)

Bez owijania w bawełnę napiszę, że już sama okładka „Street Bitch” byłaby wystarczającym powodem, aby poświęcić temu wydawnictwu odrobinę miejsca na naszym kochanym Violence Online. Artysta fotograf wzniósł się tutaj na wyżyny geniuszu i nawet gdyby zawartość tej epuni nie przystawała jakościowo do zdobiącego jej front obrazka, bez wahania poświęciłbym kilka minut swojego cennego czasu na jej opisanie, aby tylko jego piękno ukazało się równie pięknym oczom naszych czytelników.

Na szczęście, zawartość muzyczna wspomnianego wydawnictwa doskonale z owym obrazkiem koresponduje, niosąc ze sobą bardzo recenzującemu miłe skojarzenia z Venom, Slaughter (kanadyjskim rzecz jasna…), Darkthrone (z okolic „The Cult is Alive…”) i całą masą kapel hc/punk. Właściwie miałbym nawet problem z jednoznacznym sklasyfikowaniem Nekrofilth jako kapeli metalowej czy punkowej, co w moim świecie absolutnie nie jest rzeczą złą. To bardzo prymitywne, brudne granie, któremu na upartego można by przykleić łatkę „retro”, ale miałoby to tyle samo sensu co wytykanie szympansowi, że jest małpą. Nekrofilth daje słuchaczowi dokładnie to, czego mógłby oczekiwać po takim szyldzie i okładce, a przy tym robi to w sposób, który stawia ich daleko poza szeregiem tanich podróbek i weekendowych hołdów. Innymi słowy grają dokładnie tak, jak chciałbym, żeby grali. Atutem marketingowym Nekrofilth może być fakt, że jeden z muzyków tego składu udziela się w kultowym Nunslaughter, ale ta strategia sprzedaży wymierzona jest w niszę tak małą, że piszący te słowa zastanawia się nad sensem przywoływania tej nazwy w tej recenzji.

Oprócz dwóch autorskich kawałków EPka „Street Bitch” zawiera kowery Dayglo Abortions (zagrany nieco szybciej od oryginału „Argh Fuck Kill”) i prawdziwie black metalowego Black Death („Street Walker” brzmi tutaj niemalże jak utwór Amebix). Mam wrażenie, że szczególnie ten drugi numer wymagał od muzyków Nekrofilth o wiele więcej wysiłku niż skomponowanie i odegranie ich własnych kawałków, ale fakt ten w najmniejszym nawet stopniu nie rzutuje na mój niezmiernie entuzjastyczny odbiór ich autorskiej twórczości. Być może niewiele trzeba aby wzbudzić entuzjazm w autorze tej recenzji, ale koniec końców najważniejsze jest to, że Nekrofilth, niczym tytułowa ulicznica, wie jak to zrobić.

Jeśli zatem nie odstrasza was ani wklejona tutaj okładka, ani powyższy opis, szukajcie tej epuni oraz wydanego przez Hells Headbangers winyla „Worship Destruction”. Dla miłośników darmowej muzyki pomocny będzie na pewno zespołowy profil na Bandcamp, oraz przepastne zasoby Youtube. Czy tu się głowy ścina? Głupie pytanie.

Michał Spryszak

Pięć