NEKRASOV – The Ever Present (Crucial Blast)

No to się wkopałem…. Nekrasov odnotowałem kiedyś w ciemnym zakamarku umysłu jako jednoosobowy blackmetalowy hord z Australii. Nie wróżyło to nic dobrego, przygarnąłem jednak to promo do recenzji z myślą, że w najgorszym razie będzie to badziewny klon Striborg. Nie był to może największy błąd w moim życiu, ale na pewno jeden z jaskrawszych w ubiegłym tygodniu.

„The Ever Present” to płyta z muzyką noise. Nie żaden tam power electronics z pokrzykującym anarchistą, który ująłby całość w jakieś ramy, albo chociaż modulowany szum, kręcenie gałkami a’la Merzbow czy brzęczący dark ambient. Nic z tych rzeczy, Nekrasov ucieka wszelkim kryteriom tego, co przyjęło się uważać za muzyczne, nie znajdziecie na tej płycie nic poza ofensywnym, monotonnym hałasem, odartym absolutnie ze wszystkiego. Osobiście nienawidzę traktowania takiej estetyki po macoszemu i sam od wielkiego dzwonu lubię niszczyć się „Pulse Demon”, „Metal Machine Music” czy „Thunder Perfect Mind” (ten Stapletona, ma się rozumieć). Nie mogę jednak dopatrzyć się większego sensu w istnieniu „The Ever Present”, tym bardziej, że przy takiej inwazyjnej formie czas trwania tego albumu – bagatela, dwie godziny piętnaście minut – każe myśleć raczej o teście wytrzymałości niż o kontemplacji szeroko pojętej sztuki. Oczywiście z podobnymi  do tej płytami jest jak z gaszeniem papierosów na ciele – zabawa mocno niszowa i dla entuzjastów, ale czy to powód, żeby im tego zabraniać? Każdemu wolno kochać, znajdą się więc i tacy, którzy za „The Ever Present” zapłacą, choć teoretycznie gdyby takie dźwięki emitował sąsiad zza ściany, pierwsi dzwoniliby po pana dzielnicowego. W każdym razie, życzę smacznego i dyskretnie pomijam ocenę punktową.

Bartosz Cieślak