NECROMANTICAL SCREAMS – Deadly Frost (Fallen Temple)

Czego można się spodziewać po zespole, który nazwę zaczerpnął z utworu Celtic Frost, i jeszcze ten utwór koweruje? Otóż można się spodziewać tego, co najlepsze w… Hellhammer. I jest to najfajniejszy Hellhammer od dawna.

Dopieszczany na łamach Violence Online Deadly Frost rozkleił się na dwa składy. Na debiut Witchcult jeszcze poczekamy, na razie siedmiocalową winylową salwę odpalił duet Necromantical Screams, w którym krzyczy znany i lubiany Necronosferatus (Holy Death). Pomny dokonań Deadly Frost, nastawiłem się na oldschoolowy metal w średnich tempach z rock’n’rollowym Nprzytupem i nieodzownym „Ugh!”. Jednak Necromantical Screams, o ile wnoszę z jednego utworu autorskiego „Blessed Death” i wspomnianego koweru, utylizuje te wątki z twórczości Toma G. Warriora, które większość jego nieślubnych dzieci zdaje się pomijać, tzn. ciężar, wolne tempa i neandertalskość wczesnych nagrań HellhammN2er. Poparte jest to wszystko solidnym riffowaniem i jednymi z najlepszych wokali, jakie Lechu nagrał kiedykolwiek. Bardzo mi się takie podejście podoba, na pewno cieszy mnie taka muzyka bardziej niż randomowy true metal z Hells Headbangers odgrywający dziesięć razy „Into the Crypts of Rays” z innymi tekstami. Powiem więcej – „Blessed Death” jest na tyle dobry, że zupełnie nie widzę potrzeby podpierania się (skądinąd świetnym) kowerem i na stronie B chętniej widziałbym drugi autorski wyziew.

Na swój sposób „Deadly Frost” jest ukoronowaniem dorobku Leszka, który dochrapał się wreszcie wymarzonego winyla (wytłoczonego na 180-gramowym siedmiocalaku i pięknie wydanego jako gatefold), i ciągle gra to, co zawsze lubił grać, niezależnie od tego, czy rodzimy black metal wzdychał w kierunku Norwegii, leżał plackiem przed Swarożycem czy ustanawiał czarną bluzę z kapturem jako obowiązujący mundur sceniczny. Mała rzecz, a cieszy, warto sobie sprawić tego siedmiocalaka nie tylko dla wartości kolekcjonerskiej.

Bartosz Cieślak

Pięć