NEAREA – Ours Is The Storm (Metal Blade)

Jestem osobnikiem tolerancyjnym, w dodatku o miękkim sercu, dlatego trudno mi pastwić się nad wypocinami zespołów, nawet jeśli uważam je za nędzne. Zawsze staram się szukać jasnych stron, choć czasami jest to ciężkie w realizacji. Przykładem takiego bezowocnego szukania dobrej strony, jest najnowsza płyta Nearea. W zasadzie mogę powiedzieć jedno – szacunek za lata pracy i za wytrwałość w wyprodukowaniu aż sześciu albumów.

 

Nihil novi – ten zwrot idealnie opisuje szósty krążek Niemców. Grupa od lat mozolnie tłucze muzykę, która dawno przestała być oryginalna, wyparował z niej potencjał a pozostała jedynie irytacja. Klasyczny (wałek tytułowy…), mocno ciążący w stronę death metalu metalcore, z wszystkimi zaletami i wadami gatunku. Nearea stworzyła płytę – model pt. „Jak grać muzykę, która już nikomu się nie podoba”. Oczywiście, przesadzam, bo przecież na świecie nadal pełno maniaków takiego kwadratowego i dość schematycznego grania. Jeśli zadowalają was takie przymiotniki jak „brutalny”, „ciężki”, „klasyczny” i „bezpieczny” –  „Ours Is The Storm” może zagościć w waszych domach. Bo faktycznie, jest ta muza ciężka („Decolonize the Mind”), bardzo zachowawcza i nosząca wszystkie cechy metalcore’owego tornada. Nearea to nie nowicjusze, dlatego trzeba powiedzieć, że potrafią grać, choć w ich artykulacji brakuje mi determinacji, którą słychać na krążkach chociażby Heaven Shall Burn. Prawdę powiedziawszy, jedyna płyta, którą zespół zrobił w swojej karierze wyłom, był krążek „Armamentarium” – totalna porcja smolistego, death’owego mielenia w średnich tempach nawet mnie się w 2007 roku spodobała, bo poczułem przez chwilę wspomnianą gdzieś wyżej determinację. Najnowszy krążek to porcja napędzanej nieustającym tremolem podwójnej stopy, metalowo – hardcore’owej mieszanki, od czasu do czasu rozjaśnianej nieco bardziej melodyjnymi pasażami („Walk With Fire”).  Na szczęście, wokalista nie ma ochoty na karierę w stylu Caliban i cały czas jedynie wrzeszczy, przez co ratuje ortodoksyjny wizerunek Niemców. Nie wiem, czy chłopaki kiedykolwiek zdali sobie sprawę, że swoją muzyką pozostają w bolesnym rozkroku między metalową i hardcore’ową sceną? To prawdziwy dramat z mojego punktu widzenia, choć może w tak ułożonym kraju jak nasi zachodni sąsiedzi, grupie uda się pogodzić skrajne często preferencje tych dwóch, fanowskich nacji…

Jedno trzeba im przyznać – udało się dobrać idealnie grafikę pod muzykę – plastikowy dramatyzm jakości bazarowego landszaftu w tonacji marynistycznej. Może być gorzej?

Arek Lerch

Dwa i pół