NATALIA PRZYBYSZ – Prąd (Warner)

To trochę paradoks, że wykonawcy, którzy kiedyś mnie drażnili i omijałem skrzętnie ich dokonania, z upływem lat są w stanie mnie do siebie przekonać. Ok., może się starzeję, ale starzeją (dojrzewają?) się także wspomniani artyści. Sistars, formacja dowodzona przez siostry Przybysz, w pierwszej pięciolatce nowego milenium wyskakiwała z każdej lodówki a popowo – R&B propozycja z funkowym nadzieniem (odpowiednia w tamtym czasie doza plastiku) budziła we mnie co najwyżej złe myśli. Tymczasem najnowsze, solowe dokonania sióstr to już inna i w dodatku całkiem przyjemna bajka. Na pierwszy ogień idzie wydany pod koniec ubiegłego roku „Prąd” Natalii.

Najważniejsza rzecz – zero plastiku, naturalne instrumentarium, dużo gitar i fajnego, zaprawionego „starym” vibem lotu. Czy jest dla ”Prądu” miejsce na Violence? A dlaczegóż by nie, skoro dużo lżejsze rzeczy padały już ofiarą naszych recenzenckich zapędów? Tym bardziej, że chyba niewymuszony luz tej płyty bardzo mi się podoba. Jasne, Natalia nie odkrywa tu niczego nowego, co najwyżej odkrywa dla siebie uroki retro rocka. I tu dygresja – często określa się te nagrania mianem garage rocka, co mnie denerwuje, bo fakt, że muzycy bawią się przesterami nie oznacza, że to płyta garażowa. Produkcja jest klarowna, owszem, eksponująca analogowy, nieco surowy charakter muzyki, ale cała otoczka, melodyka i stonowana, mało rockowa energia pokazują zupełnie inny kierunek, w którym spogląda zespół. Inna sprawa, że jeśli już upierać się przy rocku, to bardziej dotyczy owo określenie pierwszej części płyty, gdzie w prostych kompozycjach zawiera się odpowiedni dla stylistyki luz. „Nazywam się Niebo”, „Miód” czy „Nie będę twoją laleczką” to konkretne, osadzone na mocnym, fajnie bujającym rytmie numery z wyraźnymi, wpadającymi w ucho melodiami i tekstami, które, no… mogą się podobać, albo nie. Znalazłem całkiem fajne, ale i takie, których sensu do końca nie rozumiem (np. „Nie będę twoją laleczką” dedykuję perfekcyjnej pani domu – zawał murowany). Czuję też nieco ekshibicjonistyczą chęć wyrzucenia z siebie paru rzeczy, bo jak inaczej potraktować chociażby „Miód”? Na szczęście, to nie terapia tylko muzyka i przy niej pozostańmy. Natalia

Przełamanie płyty następuje za sprawą dwóch kowerów, w których Natalia daje upust fascynacji polskością i bigbitem, czyli „Kwiaty ojczyste” Niemena i „Do kogo idziesz” Nalepy. Tu też nie chcę zbytnio komentować wyborów, bo to prawo artysty, dodam tylko od siebie, że interpretacja i głos wokalistki powodują, że kawałki we współczesnym, tłustym i rockowym aranżu brzmią niczym niewykorzystane fragmenty z debiutanckiego krążka Ani Rusowicz. A czy dobrze to, czy źle, nie mnie oceniać. Co nie zmienia faktu, że te dwa klasyki polskiego bigbeatu brzmią bardzo dobrze a jednocześnie otwierają bramę do bardziej spokojnych i rozgrywanych na zupełnym luzie pieśni. Trudno byłoby mi nazwać „Sto lat” czy „Królową śniegu” balladami, ale leniwie snująca się atmosfera, posmak psychodelii, świetne plany instrumentów robią duże wrażenie. Jasne – nie ma tu niczego nowego czy oryginalnego. Natalia nie chce wymyślać prochu, tylko umiejętnie z niego korzysta. Choć mam też jednocześnie wrażenie, że ostatecznie przed samym zapaleniem lontu cofa się i nie doprowadza do wybuchu.

Sugeruję, że to bezpieczna płyta? Może trochę tak, bo choć piosenki są fajnie rozplanowane i świetnie, ze smakiem zaaranżowane, to czasami chciałoby się, żeby coś choć delikatnie zgrzytnęło, posprzęgało się i zdziwiło. Zatem – kiedy szukam guza, to innych miejscach. „Prąd” nie kopie tylko pieści i jako taką, przyjmuję płytę z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Arek Lerch

Cztery