NASHGUL – Obey (Selfmadegod)

Hiszpański Nashgul nie należy z pewnością do grona najbardziej zapracowanych zespołów na świecie. W ciągu ponad dekady działalności wydali jeden album długogrający oraz garść splitów z innymi im podobnymi, grindcore’owymi popaprańcami. „Obey” to w większości materiał z winylowych splitów z P.L.F i Malpractice Insurance oraz kilka numerów premierowych. Przyznam, że w pierwszej chwili wziąłem płytę za integralną całość a wynika to chyba z tego, że wszystkie nagrania pochodzą z tej samej sesji nagraniowej. Ok, tyle w temacie statystyk. „Obey” to całkiem zgrabny kawałek soczystego grindcore i mimo, iż nikt nie sili się tu na odkrywanie Ameryki to i jest na czym ucho zawiesić…

Nashgul, jeśli jeszcze nie mieliście okazji zetknąć się z tym tworem, tworzy dość specyficzną dla zespołów z Półwyspu Iberyjskiego mieszankę skocznego grindcore z bardzo gruzowatym, zbliżonym do gore/death metalu brzmieniem. Bez silenia się na szukanie wydumanych porównań powiedzieć mogę, że twórczość Nashgul z pewnością przypadnie do gustu fanom Heamorrhage, Holocausto Cannibal, Looking for an Answer czy bardziej klasycznie Terrorizer a może nawet Nasum. Jako się rzekło, nikt tu nie próbuje na nowo wymyślać receptury grindcore’owego prochu.

Nashgul już od pierwszych sekund odpala patardę i rzuca ją słuchaczowi prosto w twarz. Bardzo gęste, oparte na czytelnej, punkowej rytmice utwory od razu wpadają w ucho. Dorzućmy do tego mocne, ciężkie jak sto diabłów brzmienie i mamy przepis na to jak Nashgul zamierza zniszczyć nasze sterane hałasem narządy słuchu. Podoba mi się, że mimo ewidentego braku oryginalności muza broni się cholernie ciężkim ładunkiem wrednej energii, która powoduje, że słuchając takich hitów jak „Estigma” czy „Shock” trudno jest utrzymać się w miejscu. Nashgul kąsa, gryzie i kopie… Band

Wyżej pisałem już o brzmieniu lecz oprócz ewiedentnie stojącego na planie pierwszym ciężaru warto też wspomnieć o bardzo fajnie wyeksponowanych bębnach oraz partiach basu, dzięki czemu muza zyskuje kolejne punkty w rankingach ciężkości i bijącej z niej energii. „Obey” nie jest materiałem pierwszej świeżości, ale dla miłośników całkiem klasycznego grindcore powinien być jednym z zakupowych must have w najbliższym czasie. Skoro zespół wydał już to co trzymał głęboko w szufladzie, teraz nadszedł czas na drugi LP; przyznam iż jestem ciekaw tego jak będzie wyglądała kolejna produkcja z obozu Nashgul. Dziś jest dobrze. Tylko dobrze i aż dobrze.

Wiesław Czajkowski

Cztery