NANCY REGAN – Warszawa Gdańska (Lou&Rocked Boys)

Debiutancka płyta warszawskiego trio pokazuje, że dziewczyny oprócz robótek ręcznych i gotowania, potrafią też nieźle przywalić po mordzie. Zanim zostanę oskarżony o szowinizm, spieszę donieść, że bardzo lubię panie. A te z gitarami w szczególności.

„Warszawa Gdańska” w piękny sposób pokazuje, że stereotyp, w myśl którego niebezpieczne wokalistki to Doda czy Lady Gaga jest głupi i śmieszny jednocześnie. Bo przy takich paniach jak Wielebna (Obscuure Sphinx), Nika (Post Regiment) czy Ania Zajdel (El Banda) wspomniane gwiazdeczki są jak śmierdzący, spalony plastik. Teraz do tego grona dołącza Martyna „Nancy” Załoga. Gra na gitarze, całkiem ciekawie zresztą, drze się konkretnie a w tekstach nie oszczędza nikogo.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz wysłuchałem płyty „Skutki Uboczne” – poczułem się… zupełnie wyjątkowo. Głupio być facetem po takiej konfrontacji. Cóż, życie idzie jednak dalej i szybko wróciłem do swojego samczego punktu widzenia. Teraz, kiedy słucham debiutu Nancy Regan, czuję się podobnie (choć nie jestem aż tak sponiewierany…), może zatem rozpocznę od strony lirycznej. Martyna w prostych słowach, bez specjalnej żenady opowiada o tym, co nas otacza. Bez wulgaryzmów czy wykręconych metafor. Jest i o toksycznych związkach („Mój  Narzeczony”), wszechogarniającej nudzie i mieliznach, na których żyjemy. Świetne są niektóre sformułowania, tak jak np. mocno zapadające w pamięć „młodość każe na siebie czekać w cybernetycznym barze” – pięknie ujęta trywialność życia dzisiejszych „niepokornych”… Jest nostalgiczna „Brama” i niesamowity, może nieco cyniczny smutek bijący z „Warszawy”. Z kolei taka „Superniania” powinna być dedykowana współczesnym rodzicom i pedagogom… Lubię płyty, które dają do myślenia, nawet jeśli owo ”myślenie” jest wymuszone kopniakiem w jaja.

Podobnie jak teksty – miejscami bezpośrednie, miejscami metaforyczne – także muzyka wymyka się jednoznacznej szufladce. Bo bałbym się nazywać ją punk rockiem, kiedy np. w „Superniani” i „Pistoletach i Szkieletach” słyszę wyraźne powinowactwo z Pixies. Takiej szufladce wymyka się jazzujący wstęp do „Bramy” i niesamowicie melodyjny (dla mnie przeboik mały…) kawałek „Skała”. Oczywiście, takiego czystego punka jest tu także sporo, min. we wściekłym „Wodniku”, „Na mieście” czy „Warszawie”. Muzycy w ramach dość ograniczonej stylistyki potrafią jednak odcisnąć indywidualne piętno. Przede wszystkim ze względu na manierę gry Martyny, która prowadzi gitarę podobnie jak wokal – zaczepnie, czasami jakby topornie tłukąc w struny, to znowu z rozmachem („Stranger”) pokazując swoje całkiem spore możliwości interpretacyjne. Być może sam śpiew miejscami jest jeszcze trochę zbyt nieokrzesany, leciutko atonalny (na koncercie nawet bardzo…), ale można to potraktować jako swoistą, punkową manierę, która nadaje muzyce jeszcze większej autentyczności.

„Warszawa Gdańska” to płyta, która w pierwszym momencie może wydawać się nieco „zjeżona”, pohukująca w kierunku słuchacza, ale da się oswoić. Punk, nieco nowej fali, alternatywny rock stopione w krótkie, agresywne piguły hałasu (gdzieniegdzie słychać, że muzycy posłuchali sobie Throwing Muses, Breeders i paru innych zespolików), zagrane bezpretensjonalnie i przede wszystkim na luzie. Jeśli nie macie niczego na sumieniu i lubicie dziewczyny, nie musicie się bać.

 

Arek Lerch