NAKED BROWN – Not So Bad

Rock’n’rollowe igraszki po trójmiejsku. Co takiego w tym miejscu jest, że po raz kolejny, po świetnym debiucie Octopussy, dostajemy do rąk rasową, pieprzną i wyśmienicie zagraną dawkę hardrockowo dociążonego rolla, który w dodatku ma w sobie nieco piaszczystej atmosfery? Na to pytanie odpowiedzieć może jedynie zamieszkujący 3M red. Cieślak. Naked Brown debiutuje dużą płytą, której wstydzić się nie musi, pozostaje jedynie czekać aż zaraza przeniknie do muzycznego krwiobiegu nad Wisłą.

Naked Brown zadebiutował przyzwoitą, choć raczej niezbyt rzucającą się w oczy ep – ką, po której nikt samobójstwa nie popełnił. Okazuje się jednak, że muzykanci wyciągnęli wnioski, po drodze zmienił się pałker i wraz z nowym, znakomitym fizycznym nagrali muzykę, która przede wszystkim jest niesamowitym, orzeźwiającym adrenalinowym kopem.

Na ten dźwiękowy energy drink składa się – poza riffami i napędzającą wszystko sekcją – głos wokalisty, który do złudzenia może przypominać zapijaczony baryton Lemmy’ego. Wypicie takiej mieszanki od razu uderza do głowy, choć jeśli ktoś ma starczy uwiąd i pląsać nie lubi, znajdzie tu sporo rzeczy, które można kontemplować w domowym zaciszu – świetne riffy, solówki czy fajnie poukładane, eksponujące rytmiczny aspekt muzyki NB aranżacje. Duże znaczenie ma tu odpowiednie podejście do konstrukcji utworów. Zamiast rockowej ściany dźwięku, jest dużo przestrzeni, gitary sensownie pauzują, idealnie zapętlając się z świetnie punktującą perkusją. Grupa wie, że liczy się blichtr i rozmach, dlatego tym razem wszystkiego jest pod dostatkiem – energii, uzyskanej przez nagranie materiału w stu procentach na żywo (świetne Custom 34), melodii (głównie w partiach gitarowych), rasy i lekkiej – na szczęście, nie przesadzonej – rubaszności. Czyli wszystko co jest potrzebne. Owszem, nie ma tu tej hołubionej przeze mnie bezczelności, która potrzebna jest, żeby wbić się w świadomość, jednak ów brak nie jest aż tak zauważalnym elementem. Po prostu sympatyczna załoga, ze znawstwem łojąca starego, riffowego i zalanego łiskaczem, mocnego rocka. Czy jest w stanie zagrozić młodszym i starszym wyjadaczom w rodzaju JD Overdrive czy Corruption? Na to pytanie nie odpowiem.

Naked Brown udowadnia, że nie jest tak źle – krajowa, rockowa scena już dawno uwolniła się od złowrogiego cienia TSA, serwując maniakom klasycznego hard/rocka dziesiątki świetnych a często rewelacyjnych zespołów. Trójmiejska ekipa dołącza do tego zacnego grona i pozostaje życzyć im wytrwałości w przebijaniu się na powierzchnię. Są całkiem blisko.

Arek Lerch

Cztery i pół