NAILED TO OBSCURITY – King Delusion (Apostasy Records)

Czasami człowiek musi się przełamać i po prostu zadziałać. Przyznaję, że z niezrozumiałych dla mnie samego powodów, dość długo omijałem trzeci album dolnosaksońskiej formacji Nailed To Obscurity. Na szczęście dla mnie, w końcu nastąpił dzień, w którym wcisnąłem „play”. Sporym grzechem byłoby, gdybym tego nie uczynił.

Jako że death metal i doom goszczą ostatnio u mnie dość często, punkt nasycenia, a właściwie przesycenia, został osiągnięty i musiałem oczyścić umysł ze złogów takiego grania. Za to nie mam częstych i bliskich relacji z muzyką, która powstaje na przecięciu się obu wymienionych gatunków, doprawiona domieszką post metalu i klimatycznego grania, które przypiszę na potrzeby recenzji do uniwersum atmosferycznego rocka oraz grania, w którym poczesne miejsce ma atonalna gitara (Thorns, Voivod?). Właśnie taką propozycję ma dla was Nailed To Obscurity na płycie „King Delusion”.

GENOMMEN

Riff ciężki i mocarny jak mistrz sumo, konkretny growl (choć i czysty wokal parokrotnie daje się usłyszeć), naprawdę zgrabne melodie, a także klimat jakby pożyczony z najlepszych czasów Isis i Katatonii, Anathemy. Brzmienie tak dopasował V. Santura (tak, ten z Triptykon), że nie jest ani zbyt brutalnie, jadowicie, wściekle, ani nie ma przesadnego rozwodnienia, rozmiękczenia, rozmycia. „King Delusion” to album, którego moim zdaniem mogą w tym samym czasie z przyjemnością posłuchać miłośnicy atmosferycznego, mrocznego rocka, post metalu, death metalu, doomu. Taki trochę muzyczny rozmiar uniwersalny, zachowując wszelkie proporcje. Nie jest to z pewnością coś podpadającego pod porównanie „ni pies, ni wydra”. Tu jest i pies, i wydra, i jeszcze parę miłych zwierzątek. Do tego naprawdę zgrabnie zaaranżowanych, wyeksponowanych. Mój osobisty faworyt zwie się „Devoid”.

Lesław Dutkowski

Cztery