MYRATH – Legacy (Nightmare Records)

Choć bardzo lubię muzykę orientalną w wykonaniu „tubylczych” wykonawców lub jazzowych wirtuozów (vide Rabih Abou-Khalil czy Matt Darriau), którzy niosą ją ludziom zachodu, to rzadko kiedy przekonuje mnie ona na metalowych proporcach. I tak Nile i Melechesh najlepiej wypadają wtedy, gdy grają nieskażony arabskim smrodkiem death/black metal. Myrath to może nie męska wersja Natachy Atlas, ale przynajmniej ktoś przestał nas bezmyślnie okładać posążkiem skarabeusza.

Jak się okazuje, ominęły mnie trzy długogrające płyty tego tunezyjskiego zespołu. Wydany w tym roku „Legacy” prezentuje zespół dojrzały instrumentalnie i kompozytorsko. Jego progresywny metal jest żwawy, technicznie bez zarzutu i mało progresywny, jeśli nie liczyć nawiązań do muzyki orientalnej. Na szczęście, nie słychać tu uduchowionego pitolenia właściwego dla izraelskiego Orphaned Land i kłopotliwego godzenia materiału metalowego z etnicznym, skutkującego nieprzyjemnym wrażeniem amatorszczyzny. Nie ma na „Legacy” pójścia na łatwiznę Negura Bunget, bo też i łatwiej o eklektyzm i inkorporowanie elementów kulturowych w black metalowej materii, która przez swoją melodykę łaskawsza jest dla orientalnych czy folkowych skal. W przypadku progresywnego metalu to sztuka o tyle trudniejsza, że łatwiej w tym wypadku o brak spójności przekazu i brak samej jego esencji, gdy orientalizm stanowi tylko kwiatek do kożucha Europejczyka a nie chłopaka od wydawania falafeli. Myrath

Myrath chce do Europy, bo zasadniczo brzmi jak kapela ze Starego Kontynentu, ale w sposób naturalny ogląda się z nostalgią na swój rodzinny kraj. Nostalgia ta i jej dawkowanie są w tym wszystkim najlepsze, zgrabnie ubrane w smyczki w stylu Baalbek Orchestra. Zespół, nieco zapatrzony w późniejszy Kamelot, może i Ameryki nie odkrywa, jest za to w stanie jednym bajecznym refrenem („Nobody’s Lives”) przenieść nas na piaski Sahary. Wokalista Zaher Zorgati – nie tak charyzmatyczny i jednocześnie subtelny jak Roy Khan, we fragmentach śpiewanych w języku arabskim ujmie co wrażliwszych wiarygodną tęsknotą za czymś… z pewnością godnym tęsknoty. Brzmi wtedy autentycznie i żarliwie, czego nie można powiedzieć o nim, gdy śpiewa swój regularny materiał w dominującym na płycie języku angielskim.

Miło słucha się tej muzyki, szukając linii stycznych między wschodem a zachodem. Subtelna egzotyka Myrath nie męczy, choć zespołowi przydałoby się w tym wypośrodkowanym graniu nieco więcej męskości. A może w tym tkwi siła tego materiału, że nie jest tak przegięty jak ten, do którego przywykliśmy.

Kuba Kolan

Cztery