MÜTTERLEIN – Orphans of the Black Sun (Sundust Records)

Mütterlein łatwo pokochać od pierwszego wejrzenia. Przyznam, że udzieliło mi się to zauroczenie, bo to wyrazista i charakterna muzyka. Czerpiąca z oczywistych źródeł, a mimo to dość oryginalna i składająca te swoje puzzle w spójny, przemyślany obrazek. Wciąż jednak „Orphans of the Black Sun” wydaje mi się płytą nie tak udaną, jaką mogłaby być.

Zaczyna się fantastycznie – monotonne grzmocenie w kotły, nienachalne retro-syntezatory  i potężny głos Marion Leclercq, która śpiewa dokładnie tak, jak lubię – mocno, z silną podszewką emocji, ale bez egzaltowania się i miauczeń dla wrażliwców. Oszczędny, ale treściwy akompaniament czerpie z rocka gotyckiego (kłania się Christian Death z Gitane Demone), darkwave, neofolku czy nawet retro-doom metalu, choć miejsce sabbathowskich riffów zajął Ray Manzarek grający pod projekcję „Nosferatu” Friedricha Murnau. Wydźwięk całości wydaje się mocno metalowy, choć może to tylko moje skrzywienie… Odpowiada mi taka koncepcja – pociągnięta grubą kreską, ale bez autoparodii czy ironicznego nawiązania do retro. Gdyby cały album składał się ze sztosów na miarę „Lesbians, Whores and Witches” i „My War” – farbowałbym zaczeskę na czarno, umawiałbym termin w salonie piercingu i słał petycje o ściągnięcie Mütterlein na festiwal w Bolkowie (co pewnie i tak się wydarzy). Słuchając „Orphans…” po raz któryś towarzyszy mi wrażenie niedosytu. Nie to, żeby koncepcja była ciekawsza niż sama muzyka, po prostu dobrych pomysłów starczyło tak na 2/3 tej i tak nie za długiej płyty. Pod koniec ten kocioł jakby stygnie, utwory meandrują wokół niezbyt angażujących motywów i rozmywają się w muzykę tła, kiedy chciałoby się, aby ta matula dorzuciła do pieca.mttln

W idealizowanych dziś latach 90. funkcjonował w Polsce tani zamiennik rocka gotyckiego zwany „gotyckim metalem”, czasem o zgrozo z przedrostkiem „doom”. Ta doglądana przez Remo Mielczarka i Dariusza Pucha pokraka psuła krew i gusta melodyjną, patetyczną breją. W pewnym sensie Mütterlein jest takim odpowiednikiem tamtego zjawiska – niemetalową muzyką z gotyckim podtekstem adresowaną do fanów mocniejszego grania. Ci mają jednak szerszą świadomość i bardziej rozwinięty gust niż ich równolatki sprzed kilkunastu lat, i byle badziewie nie przejdzie. O ileż lepszy jest „Orphans…” od tamtych koszmarków pod każdym względem – pomysłu na siebie, estetycznie, wykonawczo. Chciałbym, aby ta wizja ewoluowała, aby kolejna płyta Mütterlein jeszcze swobodniej traktowała gatunkowe wymogi i odważniej hałasowała. Bo jeśli ten potencjał miałby się zmarnować, to niech ich mamuś broni.

Bartosz Cieślak

Cztery