MUTOID MAN – War Moans (Sargent House)

„War Moans” spaja klamrą wszystko to, czego przez całe życie słuchaliśmy: od klasyki, takiej jak Metallica, poprzez Mastodon, Dillinger czy Baroness, aż po hardcore, punk, pop punk czy thrash. To po prostu jeden wielki miszmasz – mówi w wywiadzie z Invisible Oranges perkusista Mutoid Man, Ben Koller, i tym samym w całkiem zgrabny sposób opisuje zawartość drugiej płyty nowojorskich metalowców. A może hardcore’owców? A może w przypadku muzyki będącej takim – no właśnie – miszmaszem, wpychanie jej na siłę do jakiejkolwiek szufladki traci sens?

Wielu próbowało połączyć ciężkie riffy z wyjątkową chwytliwością, jednak mało komu udało się zrobić to w tak bezpretensjonalny sposób, jak tej nowojorskiej załodze. Zarówno na wydanym dwa lata temu krążku „Bleeder”, jak i na najnowszym „War Moans”, aż roi się od melodii wwiercających się w głowę od pierwszego ich usłyszenia. Co ważne – słodycz, wywołaną niemal heavy metalowym wokalem Stephena Brodsky’ego, zostaje idealnie skontrowana brudnymi, ciężkimi riffami i rozpędzoną sekcją rytmiczną. Tak jest w post-sabbathowym „Kiss Of Death”, zaczynającym się od slayerowej gitary „Date With The Devil”, czy w kojarzącym się z Iron Maiden radosnym kawałku „Irons in The Fire”. Co wyraźnie rzuca się w uszy, to mniejsza ilość brudu w porównaniu do poprzedniej płyty. „War Moans” jest bardziej dopracowane, brzmi czyściej, klarowniej i zdaje się być mniej przekombinowane.Band

Trzeba przyznać, że muzykom udało się wypracować charakterystyczny styl, dzięki czemu już od pierwszych dźwięków otwierającego płytę „Melt Your Mind” wiemy, z kim mamy do czynienia. To zupełnie jak w przypadku zespołów, którymi Mutoid Man się inspiruje – a mianowicie Mastodon i Baroness. Mimo, że często wrzucane do jednej szufladki (której nazwa brzmi „trochę nie wiadomo co”) i niewątpliwie bazujące na podobnych wibracjach, mają jednak brzmienie wyjątkowe na tyle, że trudno byłoby mówić o wzajemnym – brzydko mówiąc – zrzynaniu z siebie, co jest częstą plagą wśród nieco mniej utalentowanych muzyków. Umówmy się – w ciągu ostatniej dekady powstało już wiele kapel, które do Mastodon czy właśnie Baroness były porównywane. W większości były to zespoły, które nie miały pomysłu na siebie i – korzystając z chwilowej mody – przez chwilę cieszyły się popularnością grając co najwyżej udaną mieszankę sludge’u, stonera i metalu z pokręconymi riffami i połamanymi rytmami. Szybko się jednak okazało, że brak własnej tożsamości i bycie jedynie „tą fajną zrzynką z Mastodon” nie wystarcza – większość takich ekip po prostu przepadła, ewentualnie gra koncerty dla 20 osób na amerykańskich wsiach, wydając raz na jakiś czas płytę, o której sami za kilkanaście lat zapomną. Z Mutoid Man jest jednak inaczej – słyszysz w „Melt Your Mind” te pięknie wyśpiewywane przy akompaniamencie rozpędzonej, motörheadowej sekcji rytmicznej frazy i już wiesz, czyj jest ten numer.
Tak, panowie wypracowali własny styl – tylko tyle i aż tyle. Poszli odrobinę w inną stronę (mniej brudną) zachowując przy tym wszystkie najważniejsze składniki, z którymi byli kojarzeni. Ich muzyka to nadal potężny strzał prosto w nos – od początku do końca, każdy kolejny riff miażdży kolejne kości, dzięki czemu zachwyci i tych, którzy szukają piosenek, jak i tych, którzy chcą się trochę wyładować. Jasne, znajdą się i maruderzy, którzy powiedzą, że to już nie to samo, albo że oczekiwali stylistycznej wolty, ale – who cares? – Mutoid Man rośnie w siłę. Ta maszyna dopiero się rozpędza.

Paweł Drabarek

Pięć