MUNLY & THE LEE LEWIS HARLOTS – Munly & The Lee Lewis Harlots (Pesanta Urfolk)

Pesanta Urfolk, specjalizująca się głównie w winylowych edycjach albumów z hipsterskim black metalem z bandcampa, nieoczekiwanie wznowiła na podwójnym placku sztandarowe dzieło współczesnego alt-country, nagrane przez Jay’a Munly i Wszetecznice w 2004 roku. Z tej okazji potentat undergroundowego dziennikarstwa, redaktor Lerch otrzymał promo w formacie mp3, więc jego niżej podpisany wierny sługa nie rozpłynie się w zachwytach, że brzmienie takie głębokie, remastering taki fachowy a winyl taki czarny. Niezależnie od nośnika, warto od razu powiedzieć wprost, że to może być jedna z najlepszych płyt recenzowanych na łamach Violence Online kiedykolwiek (wliczając w to albumy, które Tomek Makowiecki dopiero nagra).

„Munly & The Lee Lewis Harlots” dokumentuje mało pięknego Jay’a w złotym okresie twórczym. Czas adolescencji ujęty na dwóch pierwszych albumach pozostał z tyłu, wydany w 2002 roku „Jimmy Carter Syndrome” zaszumiał w kręgach tak zwanie alternatywnych , kontrakt z Alternative Tentacles zwrócił uwagę publiczności punkowej na country z brzytwą, a najlepsze płyty Slim Cessna’s Auto Club miały dopiero nadejść. Album Brzydala i Kurtyzan to piętnaście ballad o miłości i śmierci, granych na skoczno-nostalgiczną folkową nutę, swobodnie mieszczącą się w szeroko pojętej estetyce country. Gitara akustyczna pocina na zmianę z banjo, skrzypki grają, dziewczęta jodłują w chórkach – trudno, aby taki opis zachęcił kogoś, komu ten gatunek bardziej niż z 16 Horsepower kojarzy się z uśmiechniętym, rumianym obliczem Korneliusza Pacudy. Tutaj jednak country (czy też stosując mniej inwazyjną terminologię – americana) jest wehikułem dla wypowiedzi artystycznej, która łamie duszę i jeży włos na karku. Oczywiście zachęcam do cieszenia się genialnymi, prostymi aranżami i kompozycjami – bo to są po prostu dobre numery. Nie potępiam popłakania w szmacianą chusteczkę przy chórkach w „Big Black Bull Comes Like A Caesar” ani chóralnego śpiewania pod „The Leavening of the Spit-Bread Girls”, ale to tylko jeden z poziomów, na którym można doświadczać tej płyty. Oto na fundamencie pięknych melodii Jay Munly snuje historie, w których roi się od typów spod ciemnej gwiazdy, wątpliwej reputacji niewiast i zdeptanych przez życie dzieciaków próbujących poradzić sobie z wredną krainą, która nie jest ani dla starych ludzi, ani dla młodych. Sięga przy tym wykonawczej maestrii, gdzie kończy się „Singer-songwriter”, a zaczyna autor/aktor, wychodzący poza szufladki gatunkowe. Opowieść z „Goose Walking Over My Grave” ani chybi popsułaby nastrój dowolnemu kierowcy ciężarówki z kasetami Lonstara w szoferce, a „Another Song About Jesus…” nadaje się bardziej jako tło pod lekturę „Braci Sisters” Patricka deWitt’a niż na Piknik Country. Jak w piosenkach Cave’a czy Waitsa, narracja i ekspresja wokalna zacierają granicę między poetą a podmiotem lirycznym, budując piękny i przerażający świat nie widziany od czasu, kiedy miłośnicy wiadomo-której-piosenki-z-radia usłyszeli pozostałe kawałki z bestsellerowej płyty „Murder Ballads”.

Prywatnie, co pewnie wynika z usposobienia optymistycznego na granicy debilizmu, częściej wracam do „Cipher” Slim Cessna’s Auto Club (albo do ukochanego „The Seeger Sessions” Springsteena) niż do „solowych” płyt Jay’a Munly. Specyficzny ładunek emocjonalny „Munly &The Lee Lewis Harlots” czyni zeń płytę niemal wybitną, jednak wymagającą – przede wszystkim „właściwego” stanu umysłu i wrażliwości, na którą nie zawsze jest czas i miejsce. Jasne, że można włączyć Jay’a jako tło pod schabowego z kapustą i po prostu cieszyć się dobrą nutą, bo na to zawsze jest pora. Jednak przyjęcie optyki narratora i dostrojenie się do „tych” fal to wrażenie porównywalne z seansem „Trzech Pogrzebów Melquiadesa Estrady” czy „Indiańskiego Biegacza”, lekturą „Krwawego Południka” McCarthy’ego albo pierwszym odsłuchem „Mosaic” Wovenhand… Jak kto woli, ale nie warto tracić okazji na kontakt z tak wspaniałą muzyką.

Bartosz Cieślak

Sześć