MUNICIPAL WASTE –  The Fatal Feast (Nuclear Blast)

Na swojej piątej już płycie Municipal nadal przypomina urwisa, który stając przy płocie, za pomocą kija drażni psa. Zabawa głupia choć niegroźna. Tyle, że w opisywanym przypadku, zamiast psa mamy rozdrażniony thrash metal a zamiast gówniarza – punkowca. I po raz kolejny wychodzi z tego stary, dobry crossover.

W zasadzie pisanie o muzyce municipali jest bez sensu. Każdą kolejną płytą grupa udowadnia, że dobrze wie, na czym polega opisana wyżej zabawa. Bierzemy punkowe tempa, zadziorny wokal, montujemy krótkie, wściekłe kawałki, napędzane gęsto kostkowaną gitarą, łączącą typowe, uliczne granie na wydechu i mocarny, thrash’owy riff. Dawkowany oczywiście w odpowiednich proporcjach. Wychodzi z tego muzyka dokładnie taka jak okładka – zabawna, ruchliwa, skłaniająca do szaleńczych podrygów i skaterskich zabaw. To ostatnie oczywiście dla młodych i wysportowanych.

Problem w tym, że gdzieś tutaj kończą mi się pomysły na opisywanie zawartości krążka. Bo niczego nowego MW nie wymyślili, od lat grając w zasadzie dokładnie to samo. Na „The Fatal Feast”  wśród 17 kawałków mamy kilka perełek, w rodzaju punkowego „Idiot Check” czy thrash’owych „Authority Complex”  i „Covered In Sick/The Barfer”. Fajnie wypada błyskotliwy hicior „Jesus Freaks”. Te pieśni utkwiły mi w głowie, zaś reszta jest… ok. Sympatyczna i w zasadzie przeznaczona głównie na koncertowe harce, choć mam wrażenie, że ciekawiej dzieje się w drugiej części płyty.

Cieszy mnie, że zespół pozostaje sobą, nie zmienia się i nadal produkuje płyty na równym poziomie i choć do końca pozostanę zdeklarowanym fanem „The Art of Partying” od czasu do czasu, podczas czynności nie wymagających zbytniego skupienia, zadam sobie piątą płytę wesołków z Richmond. Bardzo proszę jednak – nie wymagajcie ode mnie poważnych i krytycznych uwag względem „The Fatal Feast”. Bo nic mi do głowy nie przychodzi.

Arek Lerch

Trzy i pół