MUNICIPAL WASTE – Slime&Punishment  (Nuclear Blast)

Thrash metal w 2017? Zieeew. Ile już można. Nic, tylko powielanie znanych od lat motywów, szeroko pojęta wtórność i nuda bez granic” – tak mniej więcej postrzegany jest gatunek w dzisiejszych czasach. Teoretycznie nikogo nie powinno to zaskoczyć – pierwsze skrzypce na poletku metalowych rewolucji grają blackmetalowcy, dobrze radzi sobie scena „post”, stonerowcy wciąż dają o sobie znać, a nawet w death metalu łatwo o napływy świeżego, cmentarnego powietrza. A thrash? Jak stał w miejscu, tak stoi. Z jednej strony smutne, ale z drugiej oczywiste nie od dzisiaj. Pytanie brzmi: czy nowe dzieło Municipal Waste wymyka się tym teoriom? Odpowiedź poniżej.

ŁB: Zanim przejdziemy do meritum rozmowy, warto pochylić się nad samym nurtem crossover. Nie uważasz, że jego młodzi reprezentanci z miejsca wyprzedzają klasycznych thrashers w metalowym peletonie?

GP: Oczywiście, a jest ich mnóstwo, i mało tego, są nawet lepsi niż bohaterowie naszych dzisiejszych rozważań. Dzieje się, ale trzeba szukać.

ŁB: Czyli ci nasi bohaterowie nie są crossoverowcami?

GP: Są, ale cieszą już jakby mniej. Zeszli z mojego radaru kilka lat temu. Na całe szczęście, przypominają o sobie bardzo równym albumem.

ŁB: Równym, ale nieco powtarzalnym, a momentami nawet nużącym. Nie żeby ten pierwszy przymiotnik był czymś nowym w przypadku Municipal Waste, ale wkradająca się nuda oznacza kłopoty. Słuchając tych pociesznych fanów wyrobów ziołowych zawsze miałem ochotę rozszarpać wszystkich dookoła. Przy „Slime and Punishment” jedynie spoglądam na zegarek co pięć minut. Co poszło nie tak?

GP: To, że w tej formule nie ma miejsca na nowatorostwo. Odświeżamy stare patenty; jednym wychodzi to lepiej i na stricte hardcore’owym kręgosłupie (Guilt Trip), inni zerkają w stornę lat 90. (Higher Power, Judiciary) a jeszcze inni, kochają thrash/death (Foreseen) i nie nudzą. MW nie brakuje pomysłów, co dobrej selekcji kompozycji. Długo milczeli, stąd taki przemiał, ale biorąc pod uwagę coraz śmielsze poczynania Iron Reagan, może być tak, że „śmieci” wkrótce odejdą w odstawkę. Cieszmy się tym, co mamy?MW

ŁB: Niby tak, ale wciąż pragnę dotknąć problemu nowego krążka Municipal Waste. Odnoszę wrażenie, że nieco stępili swoje ostrze. Jedynie podszczypują, zamiast kroić. Teoretycznie, to nawet nie mam do czego się przyczepić, bo ani czasowo nie są te kawałki zbyt rozwleczone, ani nie wędrują w dziwne rejony, ale brak mi w tym pary prawdziwie męskich jaj.

GP: Jaja są, ale trochę miękke. Panowie nie są młodzieniaszkami, a dalej tłuką z szybkością światła. Trochę to naiwne, ale widocznie tak ma być. Właśnie to, czego tu najbardziej brakuje, to oddechu, neckbreakera w średnim tempie, albo walca. Mieli takie w karierze. Chyba o tym zapomnieli.

ŁB: Odrobina kontrastu na pewno by nie zaszkodziła. Problem leży też gdzie indziej. Słownik języka polskiego definiuje wyraz „rutyna” m.in. w ten sposób: „skłonność do działania według utartych wzorów; szablonowość, schematyczność„. Niestety, ale zamiast „rutyny” podstawiasz „Slime and Punishment” i masz przekrojowy obraz tej produkcji. Odnoszę wrażenie, że panowie działają trochę na zasadzie odbębnienia kolejnej płyty, co by wydawca się ucieszył, a nie chęci wykrzyczenia światu w twarz, że wszystko chuj.

GP: Chuj już był, i to nie raz, ale teraz może zabrakło dobrych tematów? Nie bez kozery podstawiam tu Iron Reagan, bo to niemal bliźniaczy band, nie tylko ze względu na krzykacza. Mało imprezowy ten album, trochę napinkowy, ale sam mówiłeś, że te numery nie są ani za długie, ani za wolne, mijają dość sprawnie i na koncercie pewnie będą „żreć”. W domowych pieleszach odpalę, bo band lubię, ale katował ich nie będę, bo jak tym razem jak mówiłem, młodsi załoganci bardziej do mnie przemawiają. Nie zestarzeli się (śmiech).

ŁB: Poruszamy dosyć ciekawy temat. Nastał już moment, w którym te wszystkie formacje, którym przypisuje się zapoczątkowanie Nowej Fali Thrash Metalu, zwyczajnie się zestarzały?

GP: Poniekąd tak. Co jakiś czas musi dochodzić do wymiany i w miejsce takiego MW wskoczą np. chłopaki z Mizery. To wymaga czasu i zainteresowania publiczności. O to ostatnie nie mam jednak wątpliwości i kto ma się wybić, ten dostanie swoją szansę. Power Trip dostaje ich aż nadto, co bardzo mnie cieszy.

ŁB: Mnie również, tylko tutaj rodzi się kolejny problem. Obaj wiemy, że thrash XXI w. postrzegany jest jako karykatura tego, co spreparowali w latach 80. klasycy gatunku. Uważasz, że mimo nieustającego upływu lat i marnej opinii o obecnym wcieleniu gatunku, ludzie wciąż będą dawali szansę młodym-wtórnym?

GP: Muszą, bo gdzieś pieniądze trzeba ulokować, a rynek nie znosi próżni. Nie twierdzę, że np. Lost Society zasługuje na miliony, ale ktoś pochodnię nieść musi. Wielu ludzi (w tym i ja) wychowało się na takim graniu i nie wyobrażam sobie, aby nagle ten nurt miał zniknąć. Już raz tak było, i wszyscy „wielcy” się pogubili, a potem nagrali dobre płyty. Powtórki nie chcę.MW1

ŁB: Tylko tym „wielkim” bliżej do emerytury i niedzieli spędzonej na działce u ciotki Nancy, a nie rewolucjonizowania sceny muzycznej.

GP: Mówi się trudno. Ostatnio rozmawiałem z wokalistą Warbringer – Johnem Kevillem. Podczas wywiadu stwierdził, że nowe płyty Anthrax i Testament to bieda. Ktoś się myli. Pytanie czy miliony słuchaczy, czy ludzie, którzy siedzą w temacie od środka…

ŁB: To, o czym wspomniałeś na początku dyskusji, czyli brak miejsca na rewolucje w thrash metalu, także stanowi pewien problem. No, bo ile można powielać patenty znane od dekad?

GP: Ale tak możemy o całym metalu. Trzeba ten stan rzeczy zaakceptować i tyle. Nowości upatrujmy w elektronice, nie wiem… po prostu gdzie indziej. Cytując klasyka z filmu Rejs „Mnie się podobają te melodie, które już raz słyszałem„. Z thrashem jest właśnie tak, że kochamy kopie Exodusa, Slayera i im podobnych, nie za to, że sa, a to, że tak zgrabnie aspirują do miana genialnych kopistów pierwowzoru. Przytyk w stronę Power Trip? Może trochę, ale jak oni napierdalają!

ŁB: No, łupią jak szaleni. A Municipal, no cóż… Pytanie retoryczne: będziesz pamiętał o tej płycie za rok?MW live

GP: Nie (śmiech). W zalewie nowych wydawnictw nie będę sobie zaprzątał nią głowy.

ŁB: Czyli wracamy do Power Trip i tyle?

GP: Tak jest. Czas napierdalać.

Narzekali Grzegorz Pindor i Łukasz Brzozowski