MUCHY – Powracająca Fala (Universal Music)

Ach, ta kombatancka przeszłość… Ciągle będziemy do niej wracać, doglądać i pieścić. W tym akurat Polacy mają dużą wprawę i choć z jednej strony na dłuższą metę jest to drażniące, mogę zrozumieć takie wycieczki, tym bardziej, że sam nie jestem bez winy. Z niejaką ulgą przyjąłem też fakt, że płynący na fali sentymentu projekt, którego efektem jest niniejsza płyta koncertowa, traktuje pomniki z lat 80. głównie przez pryzmat klimatu i „muzyczności” jako takiej, odrzucając w pewnym sensie polityczno – rewolucyjny (buntowniczy?) wydźwięk, bo tylko w ten sposób zręcznie unika współczesnego kontekstu, stawiającego niektórych, nadal aktywnych artystów, w niekoniecznie wesołym świetle. 

Zastanawiam się, do kogo jest ta płyta adresowania – do współczesnych maniaków hipsterskiego indie rocka, którego ambasadorem są Muchy, czy może do tych, którzy pamiętają załoganckie czasy – agrafki i inne, nieodłączne atrybuty bywalców jarocińskich spędów w latach 80. Z dzisiejszej perspektywy reaktywacja tych nagrań ma jakiś sens, bo pokazuje, że muzyka alternatywna nie oznaczała jedynie „alternatywnych” rozwiązań technicznych w ubogim socjalistycznym świecie, ale faktycznie miała coś do powiedzenia. Dźwiękiem i pomysłem, bo nie chcę odwoływać się do tzw. „walki z systemem” i tego, że jeszcze będzie przepięknie. Na szczęście, Muchy dość sprytnie lawirują w materiale dźwiękowym, wybierając utwory, z których wyciągają klimat i dodają swoją „muchowatość”, nie zmieniając zbytnio kompozycyjnego kręgosłupa. W większości przypadków udało się zachować równowagę, dzięki czemu płyty nie słucha się jako taniej i niepotrzebnej podróży do przeszłości, ale jako w zasadzie autorskiego i z wszech miar ciekawego albumu.muchy_trojka_Foto_P_tarasewicz-2

Co się udało? Nadać tym piosenkom nowy blask, co nie jest łatwym zadaniem, bo przecież każdy zna na pamięć chociażby „Moją krew”. Akurat w tym przypadku – zapewne dla dodania autentyzmu – zespół posiłkował się na scenie gościnnym ficzuringiem oryginalnych członków Republiki. Wyszło dobrze, tym bardziej, że w sumie oszczędny aranż dodał całości jeszcze większej mocy. Muchy zawsze świetnie wyczuwały puls muzyki, sprawnie poruszając się w różnych konwencjach, dlatego nie dziwi, że np. w „Komisariacie” (1984) czy „Coś pozytywnego” (Tomek Lipiński/Tilt) świetnie oddali zimę nowej fali. Wspomniany Lipiński wraz z zespołem Aya RL mają tu zresztą największy udział, szczególnie polecam „Rzekę miłości…” za niesamowity rozmach i fajną, bluesową atmosferę wykonania. Osobiście stawiam zaś na „Ulicę” Aya RL, bo mrok i duszący klimat tej piosenki, spotęgowany przez bardzo czujną narrację Much, chwyta za gardło. W dodatku okazuje się, że tekst pozostaje nadal w smutny sposób aktualny. Nie gorzej wypada „Nasza ściana”, która jest chyba najbardziej przebojowym tematem na płycie. Co jeszcze – oczywiście, przestrzenne wykonanie „Nie poddawaj’ Izraela (na szczęście, Muchy nie chcą na siłę udowodnić, że pochodzą z Jamajki…) oraz punkowe „Gdyby nie szerszenie” Madame i „O jaki dziwny, dziwny, dziwny” Tiltu – jedyne numery w zestawie, które w zasadzie mnie nie przekonały.

Dobrze, że Muchy wzięły na warsztat te piosenki dopiero teraz, kiedy ich własny styl okrzepł i dzięki temu udało się podejść do kultowych w sumie utworów bez kompleksów – nie zdominowały one stylu Much, przez co można traktować „Powracającą falę” jak kolejny, udany krążek tego ciekawego zespołu. Na razie pomysłów im nie brakuje, o czym świadczyła już płyta Karma Market, teraz po oddechu, jakim jest opisywane tu dzieło, mam nadzieję usłyszeć coś jeszcze bardziej – a jednak! – rewolucyjnego.

Arek Lerch

Zdjęcie: P. Tarasewicz/Universal Music Polska