MOTIONLESS IN WHITE – Infamous (Fearless)

Wyglądaj jak emo/goth rockowiec, graj metalcore’a i zgarniaj props od nastoletnich dzieciaków. Fajnie? Zdecydowanie nie. Chociaż, muzycznie, to, co prezentuje Motionless in White na „Infamous” bliższe jest Bleeding Through lub As I Lay Dying, niż raczej przeciętnemu i niezbyt wyróżniającemu się core’owi dla zbuntowanych nastolatków, a to plus. Choć i tak nie zasługują na jakieś specjalne pochwały.

Nie bez powodu wspominam o dwóch powyższych zespołach, bo zarówno wokalnie, jak i pod względem riffów czy aranżu sekcji rytmicznej, Motionless In White niebezpiecznie zbliżą się do poziomu przedostatnich albumów rzeczonych formacji, dodając do tego odrobinę własnego, komercyjnego lukru i dziwnych elektronicznych i niepotrzebnych wtrętów kojarzących się kolejno z cyrkiem i dyskoteką.

To, co najbardziej dziwi mnie w tym albumie, to stylistyczny miszmasz: od numerów, które kojarzą się z Miss May I („Burned at Both Ends”) czy po raz kolejny Bleeding Through („Black Damask The Fog”, „Puppets 2’’), czy wreszcie Avenged Sevenfold/Marylin Manson („The Divine Infection”). Domyślam się, że nie było to zamierzone, ale tak czy owak, choć Motionless In White zyskują w moich oczach jako dość sprawni i w miarę uniwersalni kompozytorzy, nijak się to (a raczej większość utworów) trzyma wspólnej kupy jaką ma być  na pozór brutalne, melodyjne „Infamous”.

Bieda z nędzą i tyle.

Grzegorz „Chain” Pindor