MOTHERBOAR – The Beast Becomes The Servant (Distort)

Przypadek Motherboar skłania mnie po raz kolejny ku refleksji, że wszędzie traktują kulturę lepiej niż w tuskolandii. Bo czy można sobie wyobrazić, że taki zespół jak Motherboar, w sumie kompletnie nieznany, otrzymuje w Polsce uznaną nagrodę przemysłu muzycznego?! Owszem, ekstremalny Behemoth takowe laury zaczyna zdobywać, ale w momencie, kiedy nie wypada już pomijać ich dokonań. Motherboar jest laureatem Boston Music Award dla obiecujących debiutantów, choć nie śpiewa jak Shakira i gra raczej ekstremalne dźwięki.

Na szczęście, nie tylko biznesowy kontekst sprowokował mnie, by skreślić  kilka słów odnośnie debiutanckiej płyty Bostończyków. Bo choć propozycja zespołu nie jest w żadnym stopniu oryginalna, to jednak wykonuje on muzykę, która bardzo mocno porusza moje serce. Pamiętacie, jak kiedyś zachwycałem się Mastodon? No i Baroness? Motherboar jest mniej finezyjny niż ci pierwsi i agresywniejszy od drugich, jednak to dokładnie ta sama para kaloszy.

Do garnka wrzucono tu hard core, metalowy riff i poszarpany aranż. Nawet gdybym chciał ograniczyć swoje zachwyty stroną rytmiczną, żeby nie być posądzanym o szlifowanie prywaty, nie sposób pominąć znaczącego wkładu garnkowego Benny’ego Grotto. Jego pokręcona, pełna gęstego werblowania (Brann Dailor był tu na 100% główną inspiracją…) gra jest kręgosłupem kompozycji. Zespół niespecjalnie lubi się też ze schematami „zwrotka – refren”, dlatego mamy tu mnóstwo zwrotów akcji, rozwleczonych tematów, podanych jednak agresywnie, z wściekłością i bez niepotrzebnych wycieczek w stronę psychodelii. Jest za to sporo starego, sludge’owego gruzu w gitarach, mnóstwo tłustych riffów, ozdobionych często – gęsto dysonansowymi solóweczkami, dziwacznymi, połamanymi zagrywkami. Ciężarem i umiłowaniem hałasu zbliżają się panowie do poziomu High On Fire, jednak z tych wszystkich pomysłów układają własny lot. Podoba mi się siła tej płyty, basowo – perkusyjne przerywniki, wreszcie dość niekonwencjonalna budowa swego rodzaju suity, składającej się z trzech aktów – „I.Inhale”, „Amphibios” i zwieńczenia w postaci kawałka tytułowego. Szczególnie „Amphibios” z niesamowicie motorycznym riffem robi dobre wrażenie. Tuż za nim ustawiłbym „Nose of Fire” z bardzo rozbudowaną, niemal katedralną formą i „Zombie Vomit”, będący w moim odczuciu swego rodzaju port folio grupy – jest tu i odpowiednio zaakcentowana melodyka, znakomity groove, świetne zmiany temp i ten specyficzny monumentalizm aranżacyjny. Nie mylić, rzecz jasna z patosem, choć dla niektórych miłośników prostoty te numery będą zdecydowanie za bardzo „rozdmuchane”.

Nie ma co ukrywać – oryginalności próżno szukać na „The Beast Becomes The Servant”, jednak dla tych, którym nie spodobał się przesadzony rozmach „Crack The Skye”, Motherboar funduje pyszną, brutalną jazdę, bez banału, z pomysłem w prostej linii wywodzącym się z niezapomnianego „Leviathana”, którego zresztą złośliwą parafrazą jest okładka omawianej tu produkcji. Dobra, koniec porównań.

Arek Lerch 4,5