MOST  PRECIOUS  BLOOD  –  Do Not Resuscitate (Bullet Tooth)

Pierwszy numer na płycie zaostrzył apetyt. Zaczyna się jak Johnny Cash, kończy klawiszami, które się urwały z Dimmu Borgir, a w środku typowa dla MPB jazda do przodu. Pięć lat się zbierali, by nagrać ten album, oczekiwania więc miałem bardzo duże…

Poprzedni LP, „Merciless” to dla mnie podręcznikowy przykład, jak można łączyć hc z tymi patentami z metalu, które sprawią że powstaje nowa jakość, bez zapuszczania się na komercyjno – żałosne rejony. Ileż kapel z okresu „Merciless” rozmieniło swoje granie na drobne, ileż razy jeszcze Sworn Enemy czy inne Walls of Jericho będzie atakować moje uszy coraz to gorszymi albumami? Ale zaraz, nie o tym ma być ta recenzja, nie chodzi o moje subiektywne żale, chodzi o to, że MPB miało bardzo wysoko podniesioną poprzeczkę. Wgryzając się w „Do Not Resuscitate” ciągle łapałem się na tym, że pani i panowie na szczęście nie poszli po najmniejszej linii oporu. Jest surowo, wszystko zapierdala do przodu, wokal jest przesterowany do bólu, brzmienie fajnie brzydkie i rzężące – czyli niby wszystko się zgadza. Problem jednak jest taki, że nie zawsze nagrywa się album, który ma to „coś” – ten, no niestety, tego „czegoś” nie ma. Są fajne riffy, jest ta jedyna w swoim rodzaju motoryka, która powoduje 2-stepa pod biurkiem i na parkiecie, czuć, że potencjalnie te numery na żywo będą zabijać… ale… Ale jak po 5-ciu przesłuchaniach zapuściłem „Merciless” dla porównania i upewnienia się, że mi gust nie zwiądł ze starości, okazało się, że jednak Most Precious Blood nagrało fajną, nową płytę, która, niestety, nie jest lepsza od poprzedniczki. Te melodie nie uwodzą tak jak 5 lat temu, te pomysły nie są już tak świeże i walące w ryj. Zatem czy jest dobrze czy też źle? Jest dobrze, ale ja się spodziewałem czegoś więcej, czegoś, co znowu mnie zabije, tak,  jak poprzednio – ale – jak widać – swoje opus magnum MPB już nagrało. A może dopiero nagra?

Freak Kozodupnik 4