MORNE – Shadows (Profound Lore)

Rok pański 2013 zastał scenę postrockową/postmetalową w lekkim rozkroku między chęcią przypierdolenia a ciągotami w stronę zupełnego odjazdu w dronowo – szumiące rejony. W pewnym sensie spodziewałem się, że po tłustych latach, kiedy postmetal/psycho sludge, dziarane rękawy, brody do pasa i ukłony w stronę Neurosis rządziły niepodzielnie, nastąpi lekka zadyszka. Co nie zmienia faktu, że scena, tak jak dobra fabryka, cały czas wypluwa kolejne wynalazki. Na tym nader bogatym tle najnowsza, trzecia płyta bostońskiego Morne jawi się jako produkt dość, powiedzmy, ortodoksyjny.

Nowe dzieło dowodzonej przez naszego krajana formacji można najprościej scharakteryzować trzema słowami – prostota, mrok i surowizna. Zacznijmy zatem od pierwszej kwestii. W odróżnieniu od wielu adeptów ponurego odjazdu, bostończycy wiedzą, że mniej, znaczy lepiej. Zamiast gmatwać i wznosić się na wyżyny elokwencji dźwiękowej, zespół kładzie proste, minimalistyczne frazy, serwując dźwięk niczym skąpiec skrudż. Jeśli nawet trafiają się bardziej gęste, nawet wspierane podwójną stopą faktury, i tak jest przejrzyście i ascetycznie. Kiedyś uczestniczyłem w konkursie poetyckim, gdzie mądra pani instruowała słuchaczy, że po napisaniu dzieła/wiersza, wyrzucamy z niego wszystko co zbędne, aż zostanie szkielet, archetyp i esencja. Taki sam patent stosuje Morne. Tłuszcz został odessany, widać kości, śmierć, dół i – właśnie – mrok.

Minimalizm formy pociąga za sobą uwypuklenie niesamowicie zimnego, grobowego smaku tej muzyki. Już okładka doskonale prezentuje materiał – to faktycznie cienie, błąkające się po zakamarkach naszego życia. Smutek jest tu niemal fizycznie namacalny, zespół zapada się w ten grobowiec z własnej woli, metodycznie i transowo, pociągając za sobą słuchacza. „New Dawn” i „A Distance” to na razie najlepsze kawałki grupy, każące zapomnieć, że kiedyś mr. Miłosz napieprzał w Filth of Mankind. Crust’owa jest tu co najwyżej surowizna, z jaką wyprodukowano płytę, choć w zasadzie tego specyficznego, gruzowatego elementu tu raczej nie ma. W wywiadzie Miłosz przyznawał, że tworzą muzykę z potrzeby i nie ma w tym wyrachowania – faktycznie, czuć szczerość, prawdę i skrywane pod zimną, trupią maską wściekłość i gniew. To chyba w tym wymiarze Morne zachowuje swoje punkowe, jak by nie było, korzenie.

Jakiś czas temu red. Cieślak troszkę narzekał, że grupa odcięła się od korzeni, ja z kolei cieszę się, że otrzymałem produkt wydestylowany z punkowego ducha, przefiltrowany przez fobie i poddany w takiej właśnie, czysto post metalowej formule. Dobrze twierdzi Miłosz, deklarując, że jeśli kiedyś znowu zerwie się do gonitwy, to pod zupełnie innym szyldem. Wprawdzie jestem świadomy, że nie ma tu – w kontekście całej sceny – rzeczy ewidentnie nowych, wyprzedzających swój czas, ale też Morne mogą być spokojni, bo stworzyli solidne, zamknięte i skończone dzieło, które jako całość, trudną bo smutną, kupuję bez wahania.

Arek Lerch

Cztery i pół