MORNE – Asylum (Profound Lore)

Zrecenzowanie nowej płyty Morne wymagało kilkunastokrotnego uważnego odsłuchu, a następnie odłożenia jej na dwutygodniowe „leżakowanie”, by po czasie spojrzeć na nią świeżym, hm, uchem. A była to przecież jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie premier tego roku, rzecz z gatunku tych, które podobają mi się zanim je jeszcze usłyszę. Co gorsza, wychodzi na to, że choć „Asylum” wedle wszelkich obiektywnych kryteriów przeskoczył swojego poprzednika, nie potrafię zapałać doń uczuciem szczerym i nieskażonym sentymentem.

Debiut Morne stoi w moim prywatnym rankingu na równi z dokonaniami tytanów gatunku, zwanego niefortunnie postmetalem. „Untold Wait” to taka płyta, jakby na świecie nigdy nie powstały żadne Isis, Cult of Luna czy inne Mouth of an Architect. Transowe, neurosisowate granie potraktowane zostało tu z perspektywy korzeni tej muzyki – tyle samo było w tej muzyce wpływów „Souls at Zero” co mrocznego, energetycznego łojenia Amebix, Axegrinder, Nausea czy Warcollapse. O ile na pierwszej płycie Morne płynęło pod prąd, o tyle „Asylum” wydaje się albumem dość konformistycznym na tle całego nurtu. Można zrozumieć, że Miłosz, po latach crustowania w Filth of Mankind poczuł w sobie żyłkę artysty, a stan ducha zmienia się wraz z wiekiem,  jednak konsekwentne odchodzenie od punkowego rdzenia niekoniecznie wychodzi Morne na dobre. „Asylum” jest albumem nie mniej mrocznym i zawiesistym od poprzednika, jednak dużo bardziej minimalistycznym (co się chwali) i stonowanym. Ciężkie, apokaliptyczne walce nader chętnie odjeżdżają w postrockowe przestrzenie, które już niejeden zacny skład zwiodły na manowce pozbawionego treści lepienia kawałków z byle jakich dźwięków. Samo przesunięcie akcentu na ścianę gitar, oszczędne klawiszowe tła i matowy wokal nie jest wcale złym pomysłem – wystarczy posłuchać choćby znakomitego, choć jakże prostego formalnie 17-minutowego tytułowego kolosa. Zespół nie do końca potrafi powściągnąć zapędy do zapychania długich kompozycji postrockowopodobnymi trocinami, które niepotrzebnie rozmydlają dobry skądinąd  album. Ostał się nastrój, zabrakło kopa, którego „Untold Wait” potrafiła wymierzyć aż miło.

Brzmi to, jakbym nie lubił „Asylum”, a przecież słucham jej właśnie po raz któryś i pewnie całe moje rozczarowanie wynika z faktu, że Morne rozbiegło się z moimi oczekiwaniami, nie zaś z tego, że nagrali nieudany materiał. Doceniam aspiracje i budowanie klimatu za pomocą skromnego zestawu środków, ale trochę szkoda mi, że crustowy balast przepoczwarzył się w granie przypominające hybrydę Godspeed You! Black Emperor z brytyjską sceną doommetalową sprzed jakichś 20 lat. Przy całym szacunku dla ambicji i klasy Morne, tym razem pozostał mi pewien niedosyt.

Bartosz Cieślak     

Cztery