MORKOBOT – Morbo (Supernaturalcat)

Morkobot na swoim czwartym albumie, Morbo”, nie przestaje intrygować i zarazem drażnić. A nade wszystko z dużym zaangażowaniem wyginać ramy stylistyczne ciężkiego grania…

Twórcy dziwnego tworu, znanego szerzej jako Morkobot (a raczej MoRkObOt, aby być dokładnym…), kryją się pod równie niecodziennymi „imionami”. Lin, Lan i Len, podobnie jak ich krajanie z równie dziwacznego Zu, tworzą muzykę nieszablonową i brzmiącą jakby zespół pochodził co najmniej z innej planety. Grupa rozpoczęła swoją karierę ambitnie – od stworzenia sonicznej trylogii. Trzy kolejne płyty w ich dyskografii – „Morkobot”, „Mostro” i „Morto” – były dla słuchacza świetnym soundtrackiem do psychodelicznej podróży po najciemniejszych zakamarkach umysłu, gdzie kreatywność miesza się już tylko z dogłębnym szaleństwem. Dodatkowego smaczku dodawał fakt, że zespół operował stosunkowo skromnymi i nietypowymi środkami wyrazu – tworzył intensywny i wciągający klimat za pomocą jedynie perkusji oraz dwóch gitar basowych. Po realizacji wspomnianego cyklu muzycy mogli teoretycznie pójść w zupełnie innym, nowym dla siebie kierunku. Postanowili jednak kontynuować swoje poszukiwania w obranej już stylistyce.

Większość numerów umieszczonych „Morbo” utrzymane jest w podobnym klimacie. Duet basów, wzajemnie się wspierając i uzupełniając, sieje zniszczenie i pozorny chaos nie mniejsze niż gitarowe trio w każdej cięższej kapeli metalowej, połamana gra perkusisty wprowadza zaś dodatkowy posmak szaleństwa. Nad większością formacji parających się ciężką muzyką Włosi mają jednak tę przewagę, że grają bardzo technicznie, co jednak nie jest słyszalne przy ogólnym odsłuchu. Nie ukrywam, że, gdyby tylko do składu dołączył saksofonista, trio mogłoby zbliżyć się stylem do wspomnianych już Zu z okresu ich ostatniej płyty. W obecnym jednak składzie grupa radzi sobie jednak na tyle sprawnie, że wszelkie sugestie rozszerzenia składu zdają się być zbędne.

Teoretycznie, przy tak skromnym instrumentarium i braku wokalu, powinno odczuwać się tutaj pewien niedosyt. Cały talent (czy geniusz?) Morkobot polega stale na tym, że słuchacz czuje się wręcz przeciwnie – przytłoczony wszechobecną kakofonią. W tym też upatrywałbym największego atutu zespołu.

Prawdą jest jednak, że najciekawiej wypada tutaj blisko 10-minutowy „MoR”. Zasługujące na osobny akapit psychodeliczne monstrum rozpoczyna się może i typowo dla Morkobot, ale kończy niczym ścieżka dźwiękowa chorego horroru. Utwór zbudowany jest niczym filmowa wizja Hitchcocka – od trzęsienia ziemi spowodowanego agresywną grą zespołu. Czym jednak numer trwa dłużej, tym muzycy łagodnieją i delikatniej muskają swoje instrumenty przy akompaniamencie gościnnie pojawiających się klawiszy. Kompozycja powoli się wycisza, w pozornym uspokojeniu czają się jednak jeszcze straszniejsze demony…

Morkobot nagrał po raz kolejny, bardzo intensywny i inspirujący materiał. Może i tym razem brzmią agresywniej niż na poprzednich wydawnictwach, nadal jednak równie frapujący jest dla mnie fakt, jak w inteligentny sposób połączyli ze sobą elementy jazzu i metalu za pomocą tak minimalistycznego instrumentarium.

Polecam, choć słuchacie na własną odpowiedzialność!

Jacek Walewski  4,5