MORD’A’STIGMATA – Hope (Pagan Records)

Mieszkam w domu ogrzewanym gazem, muszę więc oszczędzać, bo rachunek potem zabija. Siedzę przy kompie w rękawiczkach bez palców, bo na poddaszu, gdzie mam biurko, jest właśnie między 15 a 16 stopni, słuchawki na łbie. Dobrze, że laptop aluminiowy to ciepło z procka odprowadza na obudowę. Trochę cieplej w ręce. Zabieram się za nową płytę Mord’A’Stigmata i zaczyna mi być jakby… zimniej?

Zacznę od ważnego zwierzenia: miałem z tą płytą mały problem. Gdy włączyłem ją pierwszy raz, targały mną totalnie sprzeczne uczucia. Jako muzyk muszę docenić kunszt nagrania; Dominik Burzym odwalił kawał cudownej, doskonałej roboty. Gra to naprawdę wspaniale, nie ma na tej płycie ani jednego miejsca, o którym mógłbym powiedzieć coś złego, ba, coś nawet lekko wątpiącego. Produkcja to w mojej opinii liga światowa. Czystość, czytelność produkcji – to już nie jest ten brudny, wściekły i obrazoburczy nawet w warstwie dźwiękowej black metal. To dzieło gości, którzy dokładnie wiedzą czego chcą i jak ma to wyglądać. Full profesjonalizm. Zmartwiła mnie ta druga strona medalu czyli zawartość. Za serce złapał mnie dopiero ostatni na płycie „In Less Than No Time”, (który, przez melodię w drugiej minucie, zostanie pewnie znienawidzony przez trv fanów, za sprzeniewierzenie się zasadom prawdziwego black metalu), ale przy pierwszym odsłuchu zabrakło mi „ansia’owej” iskry. Pomyślałem jednak, że się nie dam. W końcu „Crack The Sky” załapałem gdzieś rok po premierze. Czyli mam ciasną dyńkę i tyle.MAS
Mogę powiedzieć, że to był zdecydowanie dobry pomysł bo ta płyta wciąga. W momencie, gdy dałem się ponieść w ostępy wykreowane przez tę enigmatyczną hordę, wsiąkłem w ten świat. Tego albumu nie powinno słuchać się na spacerze z psem czy w głośnym samochodzie, gdzie zniknie całe mnóstwo niuansów, które uciec nie powinny. Tu każdy dźwięk i każde słowo ma swoje miejsce, jest doskonale wyważone i ma coś do przekazania. Łącznie z wyciszeniem na końcu. Tak wiem, jak zespół wycisza, znaczy nie umie numeru fajnie zakończyć. Bullshit! Nie wyobrażam sobie lepszego zakończenia.
I zaczynając ponownie od „Hope”, które po dziewięciu minutach wydaje się, że zmierza do końca, po czym wraca do otwierającego riffu, poprzez dwa pozostałe utwory, znowu zmierzam do utworu kończącego płytę, spinającego klamrą to jakże zamknięte i kompletne dzieło. Czy jest tu „świeżość” i „nowa jakość”? Chyba nie, ale to nie jest zarzut. Tu jest to wszystko do czego Mord’A’Stigmata zdążyła nas przyzwyczaić od wspomnianej „Ansii”. Melodia, opowieść, emocja. Słuchając, uciekam z głową poza codzienność, do jakiegoś innego świata. To jest największy atut tej płyty. I zdecydowanie ta muzyka powinna znaleźć szerszy odbiór niż niszowe festy dla kilkuset fanów maks. Roadburn, Dunk!, Off Festival – tam powinien ten zespół wylądować. I sądzę, że tak się stanie bo JAKOŚCI nie można mu odmówić. Moje bycie fanem jest jednak usankcjonowane.

Tomasz Yony Jobtè

Sześć