MORBID VISION – Visions of the Morbid Rites/Demonstration of Force (Thrashing Madness)

Krakowska Thrashing Madness niestrudzenie mości sobie niszę w niszy, od lat promując metalową archeologię na rodzimym gruncie. Pytanie o sens takich działań jest oczywiście nie na miejscu, bo metal od lat celebruje samego siebie, a zapotrzebowanie na grupy rekonstrukcyjne nie maleje. Warto zatem przysłuchać się „jak to naprawdę było”, choćby na przykładzie wznowienia nagrań Morbid Vision, które po prostu nie miałyby prawa powstać dziś.

Morbid Vision zaliczył wyjątkowo niespektakularną karierę nawet jak na standardy podziemia lat 90. – raptem trzy lata aktywności (1991-1993) i dwie zapomniane demówki, które bez problemu można zrecenzować zbiorczo, bo nie dzieli ich jakaś kolosalna przepaść. „Demonstration of Force” i „Vision of the Morbid Rites” to swego rodzaju chałupnicza odpowiedź na dokonania ówczesnych tuzów podziemnego metalu, lepiących lekko już zramolały thrash z wciąż świeżym death metalem. Oczyma wyobraźni widzę „Kasprzaka” i półkę zastawioną półlegalnymi edycjami „Seven Churches”, „Schizophrenia”, „Malleus Maleficarum” i „Abominations of Desolation” (wydane przez Alf jako „Morbio Angel” i zgrane z trzeszczącego winyla bez equalizacji, wszak mastering jest dla słabych). Morbid Vision bez oporów mieli(ł) ich patenty, grając właściwie szybki, prymitywny death/thrash metal z growlem z kanalizy. Od całości odstaje tylko rapowo-bitowy „Zgłupiałeś?”, taka słowiańsko-wąsata odpowiedź na „One in Their Pride” Celtic Frost. Te demówki nie są może wykopaną z podziemia zapomnianą perłą, ale mają swój urok gówniarskiego wyziewu, który dziś jest nieodtwarzalny. I choćby przyszło trzydziestu nastoletnich fanów Sepultury, i każdy zagrał dwadzieścia podziałów a’la Igor Skullcrusher, to wciąż nie będzie to takie kanciaste i perwersyjnie urocze jak Morbid Vision. I choćby realizator puścił wokal przez trzy bramki, to i tak nie wydusi takiego rozczulającego pogłosu i bulgotu jaki słychać na „Visions…”. Ewidentnie trzeba dorastać słuchając „Master” i „Hymn to Abramelin”, żeby nie mieć żadnych oporów przed dogrywaniem wokalu masakrowanego jak lewak przez Kelthuza.morbid vision band

Wydaje mi się, że dziś nawet kierownictwo Hells Headbangers złapałoby się za głowy słysząc demówki Morbid Vision nagrane współcześnie. Przypisane do określonego czasu i kontekstu stanowią za to sympatyczny i całkiem słuchalny dokument pewnej epoki, która była, minęła, ale zawsze to lepiej posłuchać bajań dziadka jak to było za Niemca niż uczyć się historii od Hansa Klossa.

Bartosz Cieślak

Cztery