MORAL BREACH – Final Verdict/Pedestal/Instrumental

Dlaczego warto skreślić parę słów o materiale, który zawiera się w trzech piosenkach, łącznie dających efekt 10 minut muzykowania? Odpowiedź jest prosta: bo jest tak cholernie dobry, że aż wstyd byłoby pominąć taki smaczek, i to zaraz przed świąteczną wyżerką. Mówimy tutaj o Moral Breach – krakowiakach z krwi i kości, którzy z niejednego pieca chleb jedli i nagrali właśnie nową ep-kę, sami wydając ją, na wydawałoby się jakże zapomnianym w tym świecie nośniku, czyli kasecie magnetofonowej.

Chłopaków zdarzyło mi się sprawdzić na żywo podczas tegorocznych wakacji, w małym klubie na warszawskiej Pradze; przyznam się bez bicia, że był to mój pierwszy kontakt z tymi dźwiękami. Co by się tu nie rozpisywać jak zajebiście wtedy wypadli, dokładając na koniec sztuki, kilkuminutowy jam, oparty głównie o reggae/dub, czym udowodnili, że grać potrafią i mają różne inspiracje, a zabrzmiało to jak Bad Brains z „Black Dots”, czy Underdog z taśm demo. Piękne. Wracając na ziemię, trafiłem dzisiaj na ep „Final Verdict/Pedestal/Instrumental”, jak nietrudno się domyślić, chodzi o tytuły poszczególnych kawałków. Psychodelia, melancholia, nowa fala, plus bardzo dobry wokal i co najważniejsze – niebanalny pomysł. Zagrane jest to z głową, także ostatni track, bez śpiewania, nie robi żadnej różnicy, wręcz przeciwnie, nadaje odpowiedni ton. Tej płytki najlepiej słuchałoby się na 15 stopniowym mrozie, przy beczce z płonącym koksem. Czegoś takiego jeszcze w tym kraju nie słyszałem, przynajmniej nie w ostatnim okresie. W ten projekt/zespół zaangażowani są ludzie z takich, być może znanych tu i ówdzie składów jak: Wszaniec, Thaw, czy Last Believer. Myślę, że jeśli ktoś klei co dzieje się poza Warsaw Shore, Radiem Eska, czy innym robiącymi papkę z mózgu chłamem, sprzedawanym w mass mediach, będzie szczerze zainteresowany.

Co zatem z tą kasetą? Pewnie niewiele osób w owych czasach dysponuje sprzętem do odtwarzania odchodzącego w niepamięć, plastykowego „badziewia”. Pomijając te utrudniające całą sprawę kwestie, wydaje mi się jednak idealną opcją do odtwarzania tego materiału z szumem taśmy wysłużonego magnetofonu, zamiast z idealnie czystych i wymuskanych mp3, czy nawet 4. Zwał jak zwał, na co prawda, krótką chwilę można będzie przenieść się w lata 80-te i wyobrazić sobie jak to kiedyś starsi koledzy katowali przegrywanego ze sto razy Dezertera, czy Siekierę, z czegoś o wdzięcznej nazwie „Kasprzak”, czy innego „jamnika” sprowadzonego z NRD. Muzycznie zostajemy właśnie w takiej epoce zamierzchłego, zimnego jak wschodni mróz punk rocka, czyli wszystko jest na swoim miejscu. Ok, życzyłbym – nie tylko sobie – żeby ta taśma znalazła się jako świąteczny prezent, tuż pod sztuczną choinką. O!

Sam Tromsa

Cztery i pół