MONS – Mons

Nie, nie, to nie leśny black metal albo atmosferyczny post coś tam, co może sugerować okładka. Mons nie wychodzą spomiędzy drzew i krzewów, raczej z wielkomiejskich blokowisk, razem z depresjami i przemyśleniami jej mieszkańców. Niewesołe rozkminki, melancholia w dźwiękowym opakowaniu solidnie zagranego, klasycznego w formie indie rocka.

Z pewnym rozbawieniem obserwuję te wszystkie dyskusje na temat indie – że nie wiadomo, co to znaczy, że się skończył a w Polsce to w zasadzie nigdy się nie zaczął. Może tak, może nie, ale jeśli ktoś chce posłuchać jak ta muzyka brzmi, może spróbować zmierzyć się z debiutancką ep-ką Mons. Zespół złożony z doświadczonych muzykantów (każdy może sobie sprawdzić co i jak…), którzy połączyli siły, by stworzyć kawałek bardzo przyjemnej muzyczki. Nie znajdziemy tu niczego oryginalnego, nic nas nie zaskoczy. Najważniejsze jest to, że zespół wie jak budować zwarte, rockowe piosenki, które z biegiem czasu okazują się być bardzo misternie skonstruowanymi mechanizmami. Duża w tym zasługa gitarzystów Grześka i Jakuba, którzy tkają całkiem kunsztowną sieć dźwięków – w tym przypadku z powodzeniem można uznać, że dwie gitary są tu jak najbardziej potrzebne.Mons band

Zespół skomponował bardzo zgrabny i przemyślany materiał. W zasadzie jest tu wszystko, czego oczekuję od takiej muzyki. Melancholijny klimat sączy się z  – nomen omen – „Melancholii” i „Nie ma mnie”. Kiedy trzeba, potrafi wykrzesać niezłe, niemal radiowe hity, bo „Wszystkie jutra” czy „Czarno – biało” przy odpowiedniej promocji mają szansę pociągnąć swoimi refrenami zespół na zdecydowanie wyższy level. A na koniec jest nieco psychodelicznej (a może shoegaze’owej?) jazdy, na szczęście, nie przesadzonej, bo „Powtarzam” kończy się po niespełna czterech minutach. W dodatku teksty – zaśpiewane po polsku – pozornie proste czy nawet banalne, przynoszą parę całkiem  sensownych przemyśleń. Życia mi to nie zmieniło, ale gdzieś tam z uznaniem pokiwałem głową. Podoba mi się też, że zespół nigdzie się nie spieszy, preferując wolne tempa, ubrane w sprawne a czasami nawet finezyjne rytmy („Czarno-biało”). Dobrze pulsuje bas, nadając oszczędnej w sumie muzyce odpowiednio tłuste brzmienie. Jasne, słychać, że to jeszcze dość surowa produkcja – czasami wychodzi to na plus (sekcja nagrana w punkt!), czasami brakuje ciut stereofonicznej panoramy (gitary), ale ogólnie jest bardzo dobrze.

Firmy płytowe reklamując swoje zespoły, używają często wyświechtanego zwrotu „sprawdź, jeśli lubisz”. Idąc tym tropem, o Mons można powiedzieć tak: „jeśli lubicie Neony, Braty z Rakemna czy Terrific Sunday, ta ep-ka przypadnie Wam do gustu”. Wymienione grupy tworzą pole, gdzie w dużej mierze porusza się właśnie Mons. Czego im potrzeba? Paru spektakularnych koncertów, obrotnego managera i zainteresowania jakiegoś płytowego molocha. I może być sukces. Albo i nie, bo w tym kraju nigdy nic nie wiadomo…

Arek Lerch

Zdjęcie: Jan Fronczak

Cztery i pół