MODERN LIFE IS WAR – Fever Hunting (Deathwish Records)

Deathwish Records ostatnimi czasy ma prawdziwe dni płodne, wydając sporo przeróżnych stylistycznie kapel, które nawet jeśli odbiegają kawałek dalej od szeroko pojętego hc, to klimat tej wytwórni pozostaje niezmienny od lat. Wziąłbym akurat pod lupę nowy album, niegdyś tu i ówdzie znanego i szanowanego ze swoich żywiołowych występów scenicznych Modern Life Is War, będący co prawda pewnie jeszcze w tłoczni, z której dopiero lada chwila wyjadą kolorowe winyle. Do premiery zostało parę dni, ale już teraz można odsłuchać w sieci, oczywiście za zgodą zespołu, cały, praktycznie zafoliowany lp – „Fever Hunting”.

Modern Life Is War namieszali kiedyś na scenie pierwszym, długogrającym albumem „My Love, My Way”, rzeczywiście wpadającym z miejsca w ucho i po dziś dzień pozostawiającym bardzo dobre wrażenie, jako jedno z ciekawszych wydawnictw, o ironio, tzw. modern hardcore, z tamtego okresu. Potem bywało różnie, trochę nudno, może trochę na siłę, aż w końcu zespół przestał istnieć. Po ładnych 5 latach nieobecności wracają, co ciekawe w starym składzie, ale z nowym krążkiem, nowym labelem i wszystko wydaje się być jak najbardziej w porządku, bo od pierwszych sekund tego materiału słychać ich styl, wokal i pasję, wprost strumieniami wylewającą się z głośników. „Fever Hunting” to 11 numerów, wolnych, szybszych, bardziej lub mniej porywających, ale chyba nie spodziewałem się tak dobrego efektu, albo po prostu brakowało mi przez dłuższy moment takiego grania, a ten longplay wchodzi mi gładko jak dojrzały arbuz bez skórki. Brzmienie naprawdę robi robotę, jest dosyć melodyjnie, ale z prądem.

To, co nagrali MLIW nie różni się zbytnio od tego, co robili wcześniej, czyli jest konkretną kombinacją punk’n’rock’n’roll’a, z całą gamą melancholijnych dźwięków, niewymuszoną przebojowością i wykrzyczanym, emocjonalnym zaangażowaniem. Ten band zawsze był smutny i to się nie zmieniło, z tym, że nie ma mowy o ckliwych, romantycznych pioseneczkach, których można sobie posłuchać z drugą połówką przy zachodzie słońca, prędzej w samotności, myśląc o nieuchronnym powrocie do szkoły, dniu zmarłych i zbliżającym się wielkimi krokami szarym, jesiennym syfie. Co więcej, bije z tego jednak pewna, bliżej nieokreślona szczerość i ja to kupuję bez reszty. Dobra rzecz na koniec lata.

Sam Tromsa

Pięć