MOAFT – Vana Imago (Green Lungs Records)

Wystarczy determinacja, pokora i to coś, co powoduje, że między  ludźmi zaczyna iskrzyć. Nie, nie chodzi o małżeństwa z kredytem na karku ( owo „coś”) a o muzyczne projekty, które na przekór tendencjom i trendom grają muzykę oderwaną od rzeczywistości i przez to fascynującą. Tak, jak MOAFT, którego debiutancki krążek spodoba się ludziom z otwartymi umysłami.

Oszczędnie, ale gustownie wydany digipack skrywa cztery świetnie brzmiące kompozycje. Celowo używam takiego słowa, bo trudno mówić o piosenkach. Po pierwsze muzyka jest instrumentalna, po drugie wielowątkowe utwory są znakomicie, ze smakiem zaaranżowane. Zespołowi udało się stworzyć idealną równowagę między potężnym, bujającym uderzeniem a różnymi, klimatycznymi smaczkami, dzięki czemu muzyki równie dobrze się słucha jak i przy niej pląsa.

Składniki to doskonały, pulsujący riff, transowe bębenki i lekkie smagniecie elektroniką w tle. Instrumentalne trio zapuszcza się w różne rejony, bo wśród czterech utworów można wychwycić  typowe dla starego Helmet ściany hałasu (kawałek tytułowy) ale też i groove, jaki znamy z płyt Tool („Anima Bruta” – czy ten tytuł czegoś nie sugeruje?). Gdzieś pojawia się skojarzenie ze stronerem, ale dla mnie to bardzo mgliste i niepewne porównanie. Mocne fragmenty są co i rusz przetykane ciekawym nadzieniem, nietypowymi akcentami i zaskakującymi zwrotami akcji, choć zamiast niepotrzebnego brnięcia w udziwnianie kompozycji, Moaft stara się zachować zdrowy rozsądek. Dzięki niemu muzyka zespołu „słuchalna” jest w zasadzie dla każdego, bo sporo tu zagrywek zwyczajnie wpadających w ucho, a jeśli już trafiamy na kombinowanie, to jest ono logicznym rozwiązaniem, zamiast wcale nie rzadkiego w takiej stylistyce popisywania się. Moaft to także trzy silne osobowości, choć bez wyraźnego lidera – każdy muzyk ma wyraźny wkład w te kawałki, od basowych „klangów” począwszy na lekko psychodelicznych odjazdach gitarzysty skończywszy. Najciekawszy jest zapewne zamykający płytę ”Dies Infaustus”, gdzie zespół świetnie bawi się brzmieniami i odważnie dłubie w aranżacji.

Moaft zjednał sobie moją przychylność faktem wielopłaszczyznowego dopracowania swojej oferty. Doskonale wydana, opatrzona fajnymi grafikami płyta, tłuste brzmienie, własna (ok., prowadzona razem z Pokrak…) wytwórnia i sprecyzowany cel. Być może jedynie brak przynależności do określonego nurtu w muzyce będzie dla kogoś problemem, bo faktycznie zespół dość odważnie stoi na pograniczu kilku światów. Co z jednej strony może być dobre, choć, jak uczy nas doświadczenie, takie grupy zazwyczaj mają „pod górkę”. Na razie jednak Moaft pędzi w drugą stronę i pozostaje mieć nadzieję, że pierwsza płyta nie będzie ostatnią produkcją tej zacnej hordy.

Arek Lerch