MOAFT – Ursa Major (Green Lungs Records)

Kiedy przy okazji płytki Vana Imago pisałem o Moaft jako dobrze zapowiadającym się debiutancie, miałem nadzieję, że nie skończy się, jak to często bywa, na jednym krążku i kilku miłych wspomnieniach. Udało się – zespół promuje właśnie drugą płytę, która pokazuje, że nadal poszukują i ciągle nie jest im do tego potrzebny wokalista. Zamiast krzykacza, zespół postanowił za to zaprosić kilku gości, którzy znakomicie „dosmaczyli” kompozycje, wyraźnie łagodząc riffowy charakter muzyki. Czyli nadal do końca nie wiadomo, czy to jeszcze alternatywa, już progresja czy nadal post sludge. Kogo zresztą obchodzą szufladki?

Kiedyś Moaft określał swoje dźwięki jako „alternatywę regresywną”, tu i ówdzie przewijały się porównania do sludge, a na debiucie można było usłyszeć odniesienia nawet do Helmet. Zespół jest jednak bezlitosny i na „Ursa Major” jeszcze bardziej gmatwa swój wizerunek, dodając do tego równania kolejne niewiadome. Co jest zatem pewne? Przede wszystkim to, że wokalista nie jest potrzebny i że jeszcze bardziej rządzi klimat. W wywiadzie zespół wspomina coś na temat swojego powinowactwa z metalem, jednak dzisiaj nie ryzykowałbym takiego stwierdzenia. Owszem, ciężki riff pojawia się tu i ówdzie, strona rytmiczna także potrafi być sroga, jednak więcej tu transu i atmosferycznego rzępolenia, niż betonu. Na całe szczęście.

Zespół nadal bardzo intensywnie rozbudowuje swoje aranżacje, nowe pieśni są jeszcze mniej oczywiste, a przez to ciekawsze, bo zabierają słuchacza w podróż do nieznanych zakątków umysłu. Szczególnie cenię sobie te fragmenty, kiedy Moaft porzuca przestery na rzecz hipnotyzujących i klimatycznych lotów. I tu szczególną rolę dostali zaproszeni goście, obsługujący nie do końca typowe dla gatunku instrumenty typu klarnet czy akordeon. Kojarzące się bardziej z klezmerką, miały jednak w historii alternatywy swoje ciekawe wjazdy, że wspomnę tylko Ewę Braun („ESION”) czy Something Like Elvis. Na „Ursa Major” w podobny chyba sposób dodają klimatu i całkowicie wywracają smak tej muzyki. W zasadzie żałuję, że zespół nie wciągnął gości na listę płac, bo na samą myśl o wykonaniu wraz z nimi na żywca takich utworów jak „Inter”, „Causa” czy kawałka tytułowego, ślinka sama cieknie. Nie można mieć wszystkiego a zespół posługuje się na koncertach samplami, inna sprawa, że trzej instrumentaliści, nawet bez gości, radzą sobie znakomicie, czego przykładem jest „Puella”. Kombinowaniu nie ma końca, zespół lekką ręką przelatuje przez różne, muzyczne światy, gdzieś nawet Kobonga można usłyszeć, w innym miejscu nadal pobrzękuje Tool. Słowem – nawet bez wokalisty dają radę i nudzić się przy „Ursa Major” nie sposób.Moaft band

Nową płytą zespół ustanawia kolejną poprzeczkę i jednocześnie zwraca na siebie uwagę, czego przykładem niech będzie zaproszenie Moaft  przez mistrzów Blindead do koncertowej kompaniji. Wszystko wskazuje na to, że z ciekawostki stają się znaczącą siłą, choć realnie trzeba też zauważyć, że jeszcze długa droga przed nimi. Na szczęście, są odpowiednio rozgrzani i zmotywowani, żeby przebyć ją w dobrym tempie…

Arek Lerch

Zdjęcie: Mike Zimorski

Pięć