MIZERY – Absolute Light (Lion’s Share)

Dawno nie było tak dobrego roku dla thrash metalu. Co prawda, fala retro minęła, a duże labele nie kontraktują nowych zespołów, aczkolwiek w undergroundzie dzieje się na tyle dużo, aby przez długie tygodnie słuchać płyt spoza wielkiej czwórki i jej niemieckich odpowiedników. Oczywiście, tegoroczne zestawienia nie będą prezentować samego thrashu, ale nie sposób odnieść wrażenia, że płyty Sodom, Overkill, Testament, Metallica (!) i Anthrax będą bardzo wysoko. Gdy doda się do tego młodych z Red Death, Higher Power czy recenzowanego Mizery (a kto wie czy Power Trip nie ma czegoś w zanadrzu), dla fanów szybkiego grania prezentów jest aż nadto.

Debiutancki album Mizery przynosi dawkę mocno oldschoolowego thrash/crossover, która powinna się spodobać  wszystkim zwolennikom grup takich jak Killing Time, Leeway i Merauder. Mało tego, ze względu na naprawdę połamane rytmy „Absolute Light” ma zadatki na to aby trafić w gusta wielbicieli Suicidal Tendencies, i choć groove w Mizery nie jest najważniejszy, tak ogólne flow kompozycji, płynność zmiany nastrojów, jak najbardziej mogą się podobać. Podopieczni Lion’s Share Records mają jeszcze coś, czego mogą im pozazdrościć inni. Mianowicie, skład tejże formacji tworzą ludzie, którzy z niejednego pieca chleb jedli, a mam tutaj a myśli członków m.in. Twitching Tongues, którzy doskonale czują „retro granie”. Oczywiście, Mizery nie jest typowym przedstawicielem takiego vintage’owego łojenia jak to było dziesięć lat temu, kiedy nagle wszyscy przypomnieli sobie o debiutach Exodusa czy technicznych wygibasach Forbidden. Amerykanom pod względem surowości brzmienia i natężenia agresji bliżsi są niemieckiej scenie. Są to jednak tylko tropy, małe punkty odniesienia, ponieważ kwartet z San Diego na tle wielu innych zespołów jest tworem nad wyraz oryginalnym, o czym najlepiej świadczy cover Jimmiego Hendrixa, który co prawda nie jest częścią „Absolute Light”, ale daje ogląd na to jak fantastycznym tworem jest Mizery.MIZERY

Spośród całej dziesiątki utworów nie sposób wybrać tego najbardziej reprezentatywnego. Co więcej, uważam, że jakiekolwiek okrajanie tego materiału i sugerowanie słabszych fragmentów jest nie na miejscu. „Absolute Light” nie ma mielizn i nie nudzi. To jeden z tych albumów do których pomimo totalnego zmęczenia materiału będzie się wracać. Choćby po to by dać się zmiażdżyć w średnich tempach „Execution Style” czy dać zapędzić do circle pit w „Descrimination of Eye”. Nic tylko ryczeć, niszczyć i delektować się bezbłędnymi riffami. I jeszcze jedno – podobnie jak w Forced Order czy Red Death, w Mizery gra się na jedno wiosło (a perkusista na jedną stopę!) i to budzi największy podziw. Żeby zawrzeć tyle dźwięków i grać w sposób w jaki grałyby znacznie „sprawniejsze” ekipy, czapki z głów.

Grzegorz Pindor

Cztery i pół