MITOCHONDRION – Parasignosis (Profound Lore)

„Archaeaeon”, debiutancki album Kanadyjskiego Mitochondrion nie zdobył uznania, na jakie zasłużył. Wydany własnymi siłami krążek nie miał ani dobrej dystrybucji, ani odpowiedniej promocji, w swoim czasie przepadł więc niemal zupełnie. Jest nadzieja, że jego następca, wydany pod skrzydłami Profound Lore, zdoła wynieść zespół nieco wyżej, bo skrzydła to opiekuńcze i bardzo prestiżowe. A i album równie znakomity, jeśli nie lepszy od poprzednika.

Wyraźnie słychać, że korzenie muzyki zawartej na „Parasinosis” tkwią przede wszystkim w północnoamerykańskim death metalu, głównie – choć nie tylko – tym ze wschodniego wybrzeża. Album zionie smolistą, piekielną atmosferą starego Incantation, przyprawioną gitarowymi zagrywkami a’la Bob Vigna, do tego co i rusz pojawiają się riffy i solówki ze szkoły Treya Azagthotha. Nie oszczędza się również pałker, który doskonale odnajduje się zarówno w walcowatych, miażdżących zwolnieniach, jak i warmetalowej kanonadzie typu „przejścia na przejściu”, którą preferowali jego krajanie od Ross Bay i kozła w hełmie. Sypanie nazwami nie załatwia bynajmniej sprawy, bo kto nie słyszał Mitochondrion gotów pomyśleć, że to zlepek wpływów, czyli kapela jakich wiele. Nic z tych rzeczy! Kanadyjczycy traktują death metal mniej więcej tak, jak wiodące zespoły z tzw. nurtu „religijnego” podchodzą do formuły black metalu. „Parasignosis” jeszcze dalej niż debiutancka płyta odpływa od rockowej piosenki, brnąc w niekończący się gąszcz fenomenalnie rozbudowanych, wielowątkowych, a przy tym wciąż zabójczo ciężkich utworów-suit. Być może kłania się tu przemożny wpływ Deathspell Omega czy Funeral Mist, takie czasy… Ja nie mam jednak nic przeciwko, by brutalny, dziki death metal przefiltrować przez sito połamanych struktur, jadowitych melodii i prawdziwie piekielnego klimatu, a wszystko to zwieńczyć fantastycznym dziesięciominutowym industrialnym outro, które aż chce się zapętlić i konfabulować, że to jakiś stary, zaginiony utwór Coil… Ależ się pięknie rok zaczyna w śmiercionośnym graniu.

Mitochondrion to jeden z tych nietuzinkowych bandów, które z teoretycznie znanych motywów lepią własną muzykę i nie da się powiedzieć, że „grają pod…”. Czekam aż publiczność uszyje worek z napisem „religijny DM”, wrzuci doń  autorów „Parasignosis” razem z Impetuous Ritual, Adversarial czy Portal i usystematyzuje na potrzeby kronikarzy nurt, który udowodnił, że death metal XXI wieku potrafi być rozwojowy wciąż pozostając death metalem.

Bartosz Cieślak 5