MISERY INDEX – The Killing Gods (Season of Mist)

Kilka lat świetlnych temu było o „zdrajcach”, potem przypomnieli o sobie na „złodziejskim dziedzictwie”, teraz chcą „zabijać bogów”. O wilku mowa. 4-osobowa machina wojenna z Baltimore o nazwie Misery Index znowu w natarciu! Skąd nagle wziął się ten album? Nie mam zielonego pojęcia, a może po prostu utknąłem w korku nowych wydawnictw, których ostatnio wychodzi niemało, całe szczęście natrafiłem przypadkiem na taką czarną perełkę. Tak, tak, premiera zbiega się z końcem miesiąca, jeśli jednak masz ciśnienie i nie lubisz stać w kolejce, albo czekać jak na kolejny odcinek „Gry o tron”, to wyszukaj sobie odsłuch „The Killing Gods”, który hula w sieci, aż miło.

Są takie zespoły, że wieść o ich nadchodzącym materiale cieszy, ale jednocześnie budzi pewne obawy, chyba każdy to zna. Tym razem dostałem z liścia bez ostrzeżenia i bez wdawania się bezsensowne dyskusje, stwierdzam, że Misery Index to band, który oczekiwań nie zawodzi, nawet jeśli są mocno wygórowane. Na „Zabijaniu..” nie znajdziecie nic innego jak osiągnięty w pocie czoła styl, czyli całą masę nowej szkoły brutalnego death metalu, z domieszką hardcore’owego polotu; po staremu – chirurgiczna precyzja, w połączeniu z napędem na cztery koła. Będąc w połowie tego materiału wiedziałem, że będzie dobrze aż do samej mety. Rzecz mógłbym skwitować krótko – parszywa trzynastka, wliczając w to kower Ministry – „Thieves Of The New World Order”, który brzmi jak kolejny killler Misery Index, ot taka ciekawostka dla fanów jednych i drugich. Kawałki takie jak „The Calling”, z kolei klimatycznie przechodzący w „Cojuring The Cull”, albo np. „Heretic” powodują palpitacje serca, znowuż przy takich potępieńczych dźwiękach jak tytułowy „The Killing Gods”,”Cross To Bear”, czy „The Weakener” można sobie złamać kark. Nie ma lekko. Jak zwykle świetna robota perkusisty – Adama Jarvis’a, pogrywającego też co jakiś czas w Pig Destroyer, istna rytmiczna symfonia na cztery kończyny, fenomenalne.MI band

Tak sobie myślę, że ten krążek, nadciągający jak czołg zza zachodniej granicy, niejednego przyprawi o porządne zawroty głowy, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Może powiem to pod wpływem emocji, ale to chyba najlepszy, długogrający łomot w ich szalonej dyskografii, najbardziej zbity, zawierający cholernie dużo mroku, niepokoju i czystej wody śmierć metalu. Nie żebym wybrzydzał, jeśli idzie o poprzednie twory, ale bywało, że musiałem ich sobie trochę dawkować, żeby się nie dobić za jednym posiedzeniem, tymczasem ten stream łyknąłem do dna, jak kolejną „pięćdziesiątkę” bez popicia, co prawda trochę wykręciło mi mordę, ale tak jak trzeba. Oni są jak gorzka czekolada zawierająca 90% kakao, jeden się będzie delektował, inny się porzyga. Ich po prostu trzeba, kurwa, lubić i tyle. Hail!

 Sam Tromsø

Foto: Josh Sisk

Pięć i pół