MISERY INDEX – Live in Munich (Season of Mist)

Każde muzyczne medium w Polsce ma swojego konika, który – niezależnie od tego, co spłodzi – będzie miał na starcie kilka punktów więcej. Wiadomo, że np. w jednej z gazet będzie to King Crimson, w innej Deep Purple i tak dalej. Zastanawiałem się, czy w Violence jest podobnie i wymyśliłem, że takim zespołem mógłby być Misery Index. Tryb przypuszczający jest tu jak najbardziej słuszny, bo o ile dotychczasowe dokonania Amerykanów nie budziły moich zastrzeżeń, o tyle beztroska z jaką podpisali się pod opisywaną tu koncertówką jest dla mnie niezrozumiała. Całe szczęście, że to tylko album live…

Idea publikowania albumów koncertowych jest stara jak świat i w tej puli historia muzyki zna kilka dzieł wybitnych. Układ sił bardzo mocno nadwątliło pojawienie się DVD, skutkiem czego albumy koncertowe w wersji audio stały się jedynie ekskluzywnym dodatkiem do płyt z obrazem. Tym bardziej wydanie płyty Misery Index może dziwić, bo jako tzw. bonus można by potraktować krążek w kategorii wypadku przy pracy…

Z punktu formalnego mamy do czynienia ze zbiorem 9 kawałków, wśród których dominujące miejsce zajmują utwory z ostatniego krążka grupy (sześć utworów) plus rodzynki – „Traitors” i „The Great Depression” z „Retaliate”. Misery Index jest w fenomenalnej formie, wszystko zasuwa do przodu, jest kontakt z publicznością, słychać, że granie sprawia im radochę. Jest tylko jedno „ale”, które w przypadku tej płyty urasta do gigantycznych rozmiarów. Chodzi o coś, co powinno nazywać się brzmieniem, a w przypadku tego krążka jest niczym więcej jak tylko kpiną. Zakładam, że zespół nie słyszał, co wydaje, bo jeśli świadomie wypuścili takie „coś”, tracę do nich szacunek. Od dawna wiadomo, że użycie tzw. triggerów przy nagłaśnianiu perkusji nie zawsze daje pożądany efekt. W tym przypadku brzmienie „Live In Munich” powinno być przestrogą dla wszystkich, używających tego urządzenia. Bębny brzmią karykaturalnie, werbel przypomina garnek z luźno latającą pokrywką a stopy – próbki z dziecięcych organków. Brzmi to trochę tak, jakby Adam Jarvis dostał rzeczone urządzenie w prezencie godzinę przed koncertem i nie zdążył opanować jego programowania. Słyszałem na żywo Misery Index wielokrotnie i wiem, że energią mogą powalić słonia a i brzmieniowo potrafią godnie się zaprezentować. Tym bardziej dziwię się temu, co tu słyszę… Rozumiem, że miała to być „zajawka”, zapowiadająca pojawienie się zespołu w Season of Mist, ale trzeba przyznać, że chyba nie będzie to sukces. Tym bardziej, że wytwórnia anonsuje to jako normalne wydanie a nie bootleg, co w tym ostatnim przypadku mogłoby uratować honor. Na razie nie udało mi się ani razu zaliczyć całej płyty bez wybuchu śmiechu, choć może jacyś bezkrytyczni metalowcy, dla których cykanie i pstrykanie, tudzież niezbyt przekonująco brzmiące gitary są evil, zajarają się tymi 34 minutami hałasu…

Z tym krążkiem zawsze będzie kojarzył się obraz, tworząc się w mojej głowie – uwijający się w pocie czoła gitarzyści i bębniarz Adam Jarvis stukający wściekle w organki Casio. A szkoda, bo zajebista okładka tejże płyty zapowiadała tak wiele…

Arek Lerch