MINSK – The Crash and the Draw (Relapse Records)

Czasem szufladkowanie zespołów przechodzi ludzkie pojęcie. Sam fakt obdarowania danej grupy „niecodziennym” i „innowacyjnym” hasełkiem odrzuca mnie całkowicie od ewentualnego przyjrzenia się materiałowi. Z Minskiem sprawa ma się inaczej, bo najpierw była muzyka, a potem etykieta. „Tribal”, bo z taką właśnie definicją muzyki Amerykanów się spotkałem, jest nawet nie wyjątkiem, co interesująco postawionym stwierdzeniem wobec nomen omen plemiennego oblicza grupy. Czy „The Crash and the Draw” nadal to potwierdza?

Funkcjonujący od niemal 13 lat Minsk przywitał 2015 rok czwartym, długogrającym albumem. Staż w praktykowaniu post/sludge metalu odbywa się w duchu ciągłego postępu. Doświadczenie przekłada się na pomysłowość i chęć, może nie radykalnego, ale dającego się we znaki eksperymentowania. Minsk to dla mnie weteran gatunku, choć nieznacznie młodszy od kolegów z Isis czy Cult Of Luna, to bez wątpienia stojący przed szeregiem dzięki swej charyzmie i nienagannemu, wspomnianemu przeze mnie, plemiennemu wydźwiękowi.

I tutaj następuje nagły zwrot akcji. Tym razem Minsk postanowił zerwać z dotychczasową otoczką, pozbawiając swoje kompozycje większej liczby partii rozgrywanych przy akompaniamencie bębnów czy akustycznych instrumentów, nasuwających skojarzenia z rytuałem wykonywanym podczas letniej nocy wokół płomienia ogniska (jak to bywało na poprzednich albumach). Nie oznacza to, że Minsk traci na swej „orientalności”. Przestrzeń jest teraz bardziej mistyczna, wciągająca i niepewna („The Blue Hour”). Nie da się odpędzić myśli, że dzisiejszy Minsk sugeruje nam skupienie na klasycznym usposobieniu swojej muzyki. Już sam wstęp pod postacią „To The Initiate” wraz z sukcesywnie pogłębiającą się atmosferą i wybuchającym punktem kulminacyjnym daje do zrozumienia, że stanowiące strukturalne podłoże, muzyczne zabiegi jak na przykład hardcore/punkowe przytupy to Minsk, jakiego dawno nie było. Dziki w swej dojrzałości, ale też stanowczy gdy wypada. I nie ma tu mowy o sztucznie uwikłanej próbie kulminacji wszystkich, możliwych dróg wyrażenia artystycznej ekspresji, mimo, że momentami przechodzimy ze skrajności w skrajność. Po totalnym szaleństwie przychodzi moment na „Conjuction”, o niemal ambientowych walorach. Jest to jednak przejście bardzo płynne, nienaganne i wzbudzające zainteresowanie. Wdaje mi się, że to chyba najprzyjemniejsze w przetrawieniu dzieło ekipy z Chicago. Kilkuminutowe monumenty przemijają w dynamicznej atmosferze, nie nudząc ani nie zostawiając uszczerbku na percepcji, a przy tym dobrze zapadają w pamięć ( np. „The Way Is Through”).markrandall_minsk3

Minsk nadal się rozwija, szuka nowych rozwiązań, dojrzewa i ewoluuje. To chyba naturalna droga ewolucji, bez żadnych wspomagaczy i bez żadnego mydlenia oczu niepotrzebnymi sentymentami. Zespół pozostawia przeszłość za sobą, ale o niej nie zapomina, z gracją i wyczuciem wykorzystując jej walory. Nie chcę przesądzać czy to już szczyt ich twórczego warsztatu, czy może dopiero połowa drogi? W każdym razie wszystko idzie w dobrym kierunku, mogę tylko życzyć utrzymania tego kursu.

Adam Piętak

Cztery i pół