MINERVA – Dead For A Lifetime

Debiutancki album Minervy powinien stać się drogowskazem dla tych, którzy chcą grać muzykę z jednej strony zakorzenioną w tradycji a z drugiej bawić się nowoczesnymi formami ciężkiego rocka. „Dead…” to 66 minut groove/stoner metalu z szczególnym naciskiem na pierwszy i ostatni człon powyższej etykietki. 

Przyznam, że popełniłem kardynalny błąd – zanim posłuchałem muzyki, zerknąłem na jakąś recenzję płyty, gdzie stało, że Minerva gra stoner rocka. Jakież było moje zdumienie, kiedy po odpaleniu płyty usłyszałem rasowe, mocno zblokowane z świetnie pracującą perkusją, czysto metalowe riffy.

Zdradzające – jak najbardziej! – skłonności do różnych, mniej lub bardziej gorszących flirtów. Minerva stawia na pancerny groove, realizowany przez doskonałą współpracę tnących gitar rytmicznych i sprawnie, mechanicznie niemal pompującej sekcji. Takie pieśni jak „Invisible” czy „Inside” to torpedy rozwalające wszystko co stanie na drodze. Słuchając takich konstrukcji ciągle nie mogę opędzić się od porównań z Panterą, zresztą, w ostatnim z wymienionych utworów pojawia się niemal klasyczna wstawka, nawiązująca do amerykańskiego południa, także wokalnie, w tych najostrzejszych wejściach kłania się maniera pana Anselmo. Ale zespół nie boi się też posmakować grunge („The Day” czy przypominający nieco Krishna Brothers „Thoughts of a Madman”), flirtuje z wściekłością, charakterystyczną dla Lamb Of God a kiedy trzeba, udowadnia, że wie co to przebojowe granie – taki „I2I” to niemal radiowy kawałek z świetnymi, przyczajonymi zwrotkami i lepiącym się do ucha refrenem.  Z drugiej strony, słychać, że kiedyś muzycy mocno przyglądali się nu metalowi („Adrenaline”), gdzieś tam przemknie blast czy akustyczna gitara. Dla zwolenników rozbudowanych form grupa przygotowała za to bombastyczny, kilkuczęściowy opus „Beyond the Dream” (pomijam ukryty żarcik…) – tu w zasadzie jest już wszystko: trochę instrumentalnego grania, wyciszenia, zmiany temp, tematów…

Ktoś może w tym momencie złośliwie stwierdzić, że taki nadmiar źle wróży spójności długiego w sumie materiału i tu zaskoczenie – wszystko trzyma się kupy, jest solidnie zaaranżowane i jeszcze lepiej zagrane. Ciśnie mi się na usta słowo „profesjonalnie”, choć wolałbym rzec – spontanicznie. Słychać, że Minerva lubi grać, lubi łączyć różne style i nieźle jej to wychodzi. Jest klarownie i jeśli nawet już gdzieś słyszeliśmy poszczególne składniki tego dania, to spożywa się je bez wrażenia smakowania odgrzewanego kotleta. Może to świadomość muzyków a może ponadczasowość takiego, nowoczesnego/tradycyjnego grania? A stoner? Tak… jest, gdzieś podskórnie, przewija się w niektórych riffach, zagrywkach czy melodiach, choć zamiast piasku Kalifornii czuję tu raczej bagnisty klimat delty Mississippi…

Arek Lerch