MIND – Save Yourself  From Hell (Selfmadegod)

Paradoksalnie, ocena twórczości zespołów takich jak MIND bywa czynnością nad wyraz trudną. Sięgając bo ten krążek spodziewałem się bardzo mocno sprecyzowanych dźwięków i takie dostałem, nie spodziewałem się zaskoczeń i takowych nie dostałem, czyli wszystko powinno być cacy. Jednak trudno mi się oprzeć wrażeniu, że „Save Yourself…” jest tylko kolejnym krążkiem sprokurowanym przez starych wyjadaczy, którzy na hałasowaniu zjedli zęby.

Czy można powiedzieć coś nowego w temacie brutalnego crust/punka? Otóż moim zdaniem nie. Dlatego też krążki takie jak „Save…” odbieram jak odgrzewanego kotleta, który czasem ląduje na moim talerzu. Zero zaskoczenia, ale za to sto procent satysfakcji ze znanego i lubianego smaku. Nowy krążek Mind to dzieło przewidywalne. Cholernie wręcz przewidywalne, ale jednocześnie jest to też materiał, który conajmniej kilka razy wbija w ziemię w najlepszym stylu, zarezerwowanym dla tak znamienitych hord jak choćby wielbiony w niektórych kręgach DOOM. Proste, wulgarne granie mimo iż bezpretensjonalne może się podobać. Całość wykonana jest z werwą i energią, takim pozytywnym punkowym wkurwem, który sprawia, że nawet banalne z pozoru kawałki zyskują nośność i moc. W moim odczuciu MIND broni się właśnie za sprawą energii jaką bez oporów wtłacza w generowane dźwięki. Gdyby nie było w tym graniu tyle wysokooktanowego czadu byłby to tylko kolejny brudny i ciężki crust/punk, który nudzi już po pierwszym przesłuchaniu. A tak otrzymaliśmy płytę bardzo strawną, która bez problemu wybije kilka zębów.Mind Band

Podsumowując. Jeśli szukacie oryginalności omijajcie nowe dziecko Mind szerokim łukiem. Wredny to bachor, który nie ma nic wspólnego z brylującym w poszukiwaniach prymusem z pierwszej ławki. Jeśli natomiast kochacie muzykę głównie za pasję jaką jest wypełniona może zdarzyć się, że w towarzystwie „Save…” odnajdziecie słodkie chwile ukojenia. Mocny i dobry materiał, tylko tyle i aż tyle.

Wiesław Czajkowski

Trzy i pół